Zarejestruj    Zaloguj    Dział    Szukaj    FAQ

Strona główna forum » Eksploracja » Obiekty przemysłowe » Obiekty przemysłowe - Łódzkie




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 4 ] 
Autor Wiadomość
 Post Napisane: 26 gru 2015, o 22:46 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 15 cze 2015, o 23:44
Posty: 16
Lokalizacja: z Pabianic
Imię: Michał
Cześć. Przedstawiam Wam dosyć obszerną publikację mojego autorstwa tworzoną na przestrzeni lat 2006-2015, poświęconą Zakładom Przemysłu Wełnianemu "PaWeLana" w Pabianicach. Była to fabryka z ponad stuletnią historią, przez którą w początkowej fazie artykułu Was przeprowadzę, skupiając się jednak na ostatnich latach działalności zakładów i przyczynie ich upadku. Są to bardzo ciekawe kwestie - dowiemy się o fałszywym spadkobiercy, destrukcji i kradzieżach wewnątrz Fabryki, determinacji pracowników, potężnym wybuchu i pożarze, skandalu wynikłym z kradzieżą chemikaliów z laboratoriów zakładowych; przytoczę także proces produkcyjny i przeprowadzę Was, krok po kroku, po każdym zakątku zakładu tworząc niejako "wirtualny" spacer, gdzie każde miejsce jest sfotografowane, zaś zdjęcia opatrzone zostały stosownymi, rozległymi opisami. Rozwikłamy również tajemnicę "legendy Ducha Pawelany"... :-)
Na końcu niniejszego postu znajduje się film siedmiominutowy film, który zwieńcza w sobie podstawowe fakty o wnętrzach Z.P.W. "Pawelany" za czasów, gdy jeszcze istniały.
Wesołych Świąt, szczęśliwego Nowego Roku!


-----------------------------------------------------------------------------------------------
Zakłady Przemysłu Wełnianego „PAWELANA” w Pabianicach (z elementami PZPB „Pamotex”)

Pabianice to miasto upadłego przemysłu. Świadectwo dawnej świetności dostrzeżemy już na przedmieściach. Jadąc od strony Rzgowa, na rogatkach miasta, mijamy ruiny zakładów ceramiki budowlanej. Dalej – na ulicy Warszawskiej – dziesiątki zaniedbanych kamienic z przyległymi warsztatami. W centrum do niedawna raził niezagospodarowany ciąg budowli pofabrycznych, biegnących od Starego Rynku aż po ulicę Kilińskiego, przy której straszy typowa, PRL-owska bryła Spółdzielczego Domu Handlowego. Gdzie nie spojrzeć, tam świadectwa tekstylnej przeszłości miasta. Odstawmy jednak sentymenty. Bazując na kilku latach poznawania fabrycznej historii Pabianic, mogę stwierdzić, że niesie ona ze sobą mnóstwo ciekawostek. Naturalnie najciekawszymi zakładami są te największe – Pamotex, PZTT, Pabia, PASO itd. Każda fabryka zasługuje na osobne opracowanie. My zajmiemy się głównie ”Pawelaną”.
Nie zamierzam skupiać się na rysie historycznym budowli. Na wstępie wystarczy garść informacji. Zasadniczo prężny przemysł włókienniczo-sukienniczy w Pabianicach zapoczątkowała decyzja z pierwszej połowy XIX wieku o utworzeniu na tym obszarze terenów produkcyjnych. W tym czasie szybko powstawały małe zakłady budowane przez fabrykantów między innymi z Czech i Saksonii. Opisywany kompleks fabryczny wzniosło dwóch fabrykantów. Było to na przełomie XIX i XX wieku przy ulicy Zamkowej, równolegle do rzeki Dobrzynki. Budynek czołowy, przylegająca do głównej ulicy miasta kamienica, cechuje się ozdobną, otynkowaną elewacją. Reszta zabudowy głównego ciągu kompleksu składa się z klasycznej czerwonej cegły i kratownicowych okien. Ponadto na terenie fabryki znajdowały się murowane pomieszczenia gospodarcze i drewniane komórki. Kompleks przemysłowy w kwadracie ulic Zamkowej, Grobelnej i Lipowej jest rzadkim już zabytkiem architektury industrialnej. Przed wybuchem II wojny światowej rządy w zakładzie przejął Heinrich Krusche, zaś po 1945 roku fabryka przeszła na własność państwa i stan ten utrzymał się do końca jej istnienia.

Obok licznych, drobnych pabianickich tkalni, z czasem wyrosły i te największe. Prym wiodły późniejsze PZPB „Pamotex”. Po piętach dreptały im ZPW „Wolana”[i], czyli późniejsza [i]”Pawelana”. Fabryki te w latach powojennych zatrudniały, śmiało szacując, przeszło 16 tysięcy pracowników (w samym PZPB 12 tysięcy, w ZPW – 4 tysiące). Warto odnotować, że PZPB miał działającą do 1999 roku filię w Moszczenicy przy ulicy Dworcowej 16. W samych Pabianicach posiadał kilka oddziałów – największe to: produkujący przędzę (przy ulicy Roweckiego) i tkaninę (ulica Traugutta). Inne działy mieściły się m.in. przy ulicy Zamkowej czy Piłsudskiego. Łączne zatrudnienie wszystkich największych fabryk osiągało wówczas niewyobrażalną dzisiaj liczb. Nie sposób wymienić wszystkie zakłady. Z pewnością najbardziej znane są:
- Pabianickie Zakłady Przędzy Bawełnianej „Pamotex” (zlikwidowane w 2003 roku)
- Pabianickie Zakłady Tkanin Technicznych (w szczątkowej, przekształconej formie istnieją do dzisiaj)
- Pabianicka Fabryka Papieru (zlikwidowane w 2007 roku)
- Okręgowe Przedsiębiorstwo Przemysłu Mięsnego „Pamso” (istnieje)
- Pabianicka Fabryka Narzędzi „PAFANA” (istnieje)
- Zakłady Przemysłu Jedwabniczego (zlikwidowane)
- Zakłady Farmaceutyczne „Polfa Pabianice” (istnieją po przejęciu przez grupę AdaMed Pharma S.A.)
- Fabryka Maszyn Drogowych „MADRO” (zlikwidowana około 2004 roku)
- Fabryka Urządzeń Mechanicznych „FUM”; dawniej „PONAR-JOTES” (w szczątkowej formie istnieje do dzisiaj)
- Fabryka Żarówek „Polam” (istnieje do dzisiaj, do 2015 roku jako
Philips Lighting Poland Sp. z o. o., obecnie Lumileds Poland)
- Zakłady Przędzy Wełnianej „Pawelana”; dawniej „Wolana” (zlikwidowane w 2004 roku)
- Pabianickie Zakłady Środków Opatrunkowych „PASO” (zlikwidowane)
Do tego należy dopisać liczne, zamknięte już zakłady ceramiki budowlanej, OSM, Pabię czy wciąż istniejące, nowsze fabryki, między innymi – Aflofarm, Suwary S.A., Pawo, Młyn Pabianice, Tignum i wiele innych, mniejszych.
Sumując – w mieście panował przemysł włókienniczy oraz chemiczny, elektryczny, elektromaszynowy, farmaceutyczny, poligraficzny, papierniczy, spożywczy, drewniany, metalowy.
Zakłady zatrudniały zdecydowaną większość pabianiczan. Wielu robotników dojeżdżało pociągami. Z mojego prywatnego śledztwa wynika, że jeszcze w latach 90., pabianickie MZK obsługiwało specjalną linię zakładową, rozwożącą pracowników do domów. Biorąc pod uwagę ogrom zatrudnienia, jest to raczej oczywistość. Warto w tym miejscu nadmienić, że linie autobusowe i tramwajowe kursowały w tym czasie co kilka minut przez znaczną część dnia…

„Wolana” miała dwie filie w obrębie Pabianic - główna znajdowała się przy ulicy Zamkowej 2. Druga, mniejsza, silnie powiązana z produkcją dla Zduńskiej Woli, gdzie mieścił się kolejny oddział, mieściła się przy ulicy Dąbrowskiego 23/25. Dzisiaj, bez odpowiednich źródeł, ciężko określić na jakim poziomie stała produktywność obu filii.
Przemiany ustrojowe na przełomie lat 80. i 90. wiązały się z początkiem końca niemal wszystkich potężnych, państwowych fabryk. Nie ominęło to Pabianic. Prędko zamknięto produkcję w jednym z oddziałów Pamotex-u – przy ulicy Traugutta. Tamten potężny kompleks rozciągał się pomiędzy ulicami: Zamkową, Żeromskiego, Chłodną i Traugutta. Budynki wyburzono w latach 2001-2002. Zachowano jedynie zabytkową wieżę ciśnień i okoliczny budynek administracyjny. Na ich miejscu zbudowano, popularne dziś, Centrum Handlowe „Echo” oraz supermarket budowlany „Nomi”.
Następna była „Wolana”. Po zmianie struktur, fabryka zmieniła nazwę na znaną do dziś – „Pawelana”. Zakład utrzymywał produkcję, która wydawała się być niezagrożona. W 2002 „Pamotex” przeszedł w stan upadku, lecz po pewnym przeistoczeniu i próbach ratowania, przetrwał w agonii jeszcze rok. Do końca czynne zostały wyłącznie działy wykańczalni (ul. Roweckiego), Ciepłowni (ul. Grobelna) i magazyny (ulice Grobelna i Żeromskiego). Później (2004 rok) rozebrano nieużywane już budynki i hale fabryczne u zbiegu ulic Grobelnej i Kilińskiego. Na ich miejscu wzniesiono market „Kaufland”. Dwa lata później rozebrano ciepłownię fabryki przy ulicy Grobelnej, pozostawiając do 2013 roku wyłącznie okazały komin, zwany „królem miasta”. Jednocześnie budynki przy ulicy Roweckiego ostatecznie zaadaptowano pod inne cele. Dziś mieszczą się tam magazyny, market ”Eurocasch”, pole golfowe.
Mniej więcej w tym samym czasie, gdy „Pamotex” walczył o przetrwanie (jego dług osiągnął wartość 57 milionów złotych), problemy zagościły na dobre także w „Pawelanie” (7 milionów długu). Nieco później zadłużony „Pamotex”, właściciel ciepłowni przy ulicy Grobelnej, odcina „Pawelanie” dopływ pary technologicznej. Powód? Nieuregulowane opłaty pomiędzy zakładami. PZPB będąc w fatalnej kondycji nie mógł dłużej finansować usług cieplarnianych dla ZPW. Było oczywiste, że spowoduje to dalsze konsekwencje.

Ciekawostka:
Obrazek
Fotografia powyżej: porównanie stanu aktualnego z pocztówką z lat międzywojennych. Oba zdjęcia wykonano z wieży kościoła p.w. Najświętszej Marii Panny Różańcowej. Prezentują one hale PZPB pomiędzy ulicami: Zamkową, Bagatela i Traugutta. Zmieniła się tylko forma i funkcja tych miejsc. Dawniej pracowały tam tysiące ludzi, zarabiając na życie. Dziś spacerują tu setki mieszkańców, wydając pieniądze…
Po lewo – C.H. „Echo”, fot. M. Kłosowski, 2009. Po prawo: PZPB, ze zbiorów autora.

To już był koniec. Utracona płynność finansowa, widmo masowych zwolnień i zatrzymana produkcja. Losy Zakładów Przemysłu Wełnianej wydawały się być przesądzone.
W kryzysowych dniach zjawił się Ryszard K., podający się za spadkobiercę pabianickich fabrykantów – rodziny Krusche. Co ciekawe, rodzina Krusche, zamieszkała w Niemczech, oświadczyła, że nie zna tego pana. Pikanterii dodał fakt, że prezes Ryszard stworzył plany rozkwitu upadającej fabryki, dając wielkie nadzieje coraz mniejszej liczbie pozostałych pracowników. Oferował sto miejsc pracy. Mową o potężnym majątku, spadku po rodzinie oraz chęci kontynuowania dorobku swoich przodków, zdobył zaufanie robotników. „Jedni członkowie rodziny Krusche piszą książki o świetności naszego rodu. Ja postanowiłem odbudować tę świetność” – mówił na jednym ze spotkań z kadrą fabryki. Twierdził, że już jesienią 2002 roku wykupił 100% udziałów ZPW. Co innego widniało w rejestrze sądowym, skąd jasno wynikało, że zakłady z Zamkowej 2 do końca należały do Skarbu Państwa. Pomimo tego, Ryszard K. został wybrany przez zarząd i akcjonariuszy Z.P.W. „Pawelana” na prezesa rady nadzorczej i zarządu spółki. Nowy właściciel przemianował „Pawelanę” na „Towarzystwo Akcyjne Fabryk i Zakładów KRUSCHE S.A.” Jak się potem okazało, faktycznie wykupił 74% akcji od holdingu Italco. Pozostałe 26% pozostało we władaniu firmy gromadzącej inwestycje kapitałowe - Expolcko. Ryszard K. miał produkować tkaniny wełniane oraz mundurowe na eksport do Rosji. Planował zatrudnić nawet 70 osób niepełnosprawnych! Rada Miasta Pabianic podchodziła do prezesa z pewnym dystansem. „Nigdzie nie mamy dokumentów, które potwierdzają tezę, że Ryszard K. jest spadkobiercą fabryki” – grzmiał ówczesny sekretarz miasta. Ryszard K. spotkał się nawet z prawowitym członkiem rodziny Krusche, który skwitował tę rozmowę krótko – „ma piękne plany, ale fabryka to ruina”. Produkcja praktycznie stała w miejscu. Nigdy potem nie udało się już jej „rozkręcić” na dobre. Upłynęły trzy miesiące. Przez ten okres pracownicy „TAFiZ KRUSCHE S.A.” nie ujrzeli ani grosza pensji. Prezes obiecał wielokrotnie, że zaległe wypłaty zostaną uregulowane. W końcu wręczył pracownikom po… 100 złotych. Cierpliwość ludzi się skończyła. Przewodniczący związku zawodowego wołał – „Niech K. nie próbuje wejść bez pieniędzy do swojego gabinetu!”. No i faktycznie – nie wszedł. Uciekł. Sprawą natychmiast zajął się sąd. Za K. wypuszczono list gończy. Prezes okazał się zwykłym oszustem. Co ciekawe, administracja fabryki wciąż przyjmowała podania o pracę ludzi, którzy ubiegali się o etat w „TAFiZ KRUSCHE S.A.”! Pomimo zakończenia produkcji, pracownicy codziennie przekraczali bramę zakładu. Ot, po prostu, z przyzwyczajenia – posiedzieć, wypić kawę, porozmawiać nad przyszłością „Pawelany”. Do samego końca zatrudnienie w ZPW znajdowało już tylko 37 osób.
Do zabezpieczenia opuszczonego zakładu, administracja wynajęła firmę, która ulokowała tam stróża. Obiekty były chronione do drugiej połowy sierpnia 2004 roku. Firma ochroniarska nie otrzymała pieniędzy za świadczone usługi. Słuch o Ryszardzie K. zaginął. Na prezesa czekali już nie tylko pracownicy, ale i prokurator. Gdy „Pawelana” otrzymała kuratora, możliwe stało się wypłacenie zaległych pensji z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych. Podczas, gdy gwar wewnątrz murów ZPW ucichł na dobre, do wnętrza zaczęły napływać grupy złodziei. Ich łupem padały przede wszystkim chemikalia, tkaniny i maszyny. W tamtym okresie w mieście wybuchła afera. W laboratorium „Pawelany” wciąż znajdowały się beczki z groźnymi kwasami siarkowym, octowym, azotowym i innymi niebezpiecznymi substancjami! Media wrzały. Aby zapobiec katastrofie, pomimo tego, że nieruchomości wciąż należały do Skarbu Państwa, Urząd Miasta Pabianic, na swój koszt, podjął się zabezpieczenia strefy niebezpiecznej poprzez zaspawanie bram wjazdowych i umieszczenie niebezpiecznych substancji w specjalnej „klatce”, którą ustawiono w pomieszczeniach laboratoryjnych ZPW na pierwszym piętrze. W pobliżu rozlokowano także patrole policji i straży miejskiej. Niestety, pomimo tego chemikalia skradziono i… rozrzucono na osiedlu Bugaj. Okazało się, że działanie to było złodziejską próbą odwrócenia uwagi stróżów prawa od budynków Zakładów Przemysłu Wełnianego. Podczas gdy większość służb miejskich zabezpieczała chemikalia na Bugaju, wewnątrz fabryki grasowali złodzieje. Ogołacane mury pogrążały nadzieję na wznowienie produkcji. Podczas ponownej próby zaspawania bram wjazdowych, w „Pawelanie” niespodziewanie pojawił się Ryszard K. Wyrzucił stamtąd dziennikarzy i zapewniał, że wywiezie oraz zutylizuje pozostałe niebezpieczne substancje na własny koszt. Obietnicy dotrzymał. Kwasy zniknęły. Pomieszczenia oczyszczono z niebezpiecznych barwników i innych odczynników chemicznych. Byłych pracowników przerażało to, co się dzieje w ich fabryce. Wnętrza hal pustoszały z dnia na dzień. Samochód zakładowy marki Lublin został niemal całkowicie rozkradziony w niecałe dwa tygodnie. Wrak stał w garażu do 2006 roku. Policja notorycznie łapała na miejscu drobnych złodziei (coraz częściej w ręce mundurowych wpadali zwykli złomiarze). Kolejne próby spawania bram spełzły na niczym. Za każdym razem spawy rozkuwano potężnymi młotami.
Mówiono, że na uratowanie fabryki wystarczyłby milion złotych. Maciej Wyrzykowski, prezes upadłego w 2003 roku „Pamotex-u”, w wywiadzie dla Życia Pabianic sytuację wokół „Pawelany” podsumował tak:
„Trzeba mieć dużo odwagi, wiary i ogromny kapitał, by w bardzo trudnej sytuacji rynkowej zaczynać inwestycję w branży tekstylnej. Ale mimo wszystko życzyłem im powodzenia”.
Zabrakło szczęścia. Być może, gdyby w tamtym okresie Zakłady Przemysłu Wełnianego trafiły w odpowiedzialne ręce, to udałoby się uratować chociaż odłam produkcji. Nie ulega jednak dyskusji, że skoro upadł taki moloch jak PZPB „Pamotex”, to i „Pawelanę”, prędzej czy później, musiało spotkać to samo. Ówczesny wiceprezydent Pabianic, Hieronim Ratajski, w jednym z wywiadów prasowych, wspomniał Ryszarda K.:
„Był u mnie. Stworzył wrażenie poważnego biznesmana. Wyjął laptop, położył go na stole. Mówił o swych zamiarach co do firmy”.

18 sierpnia 2004 roku, na drugim piętrze fabryki przemysłu wełnianego, w jednej ze środkowych hal produkcyjnych firma EURO-BALEX prowadziła legalne prace demontażowe. Pracownicy na miejscu cięli maszyny na złom. Po zakończonej pracy, prawdopodobnie przez naruszenie podstawowej ostrożności przy obchodzeniu się z palnikiem, doszło do wybuchu butli gazowej. Pojawił się ogień dostrzeżony przez patrolujący ulicę Lipową patrol straży miejskiej. Strażnicy błyskawicznie wezwali straż pożarną. Miało to miejsce o godzinie 22:25. Pierwsze wozy wyruszyły z pobliskiej remizy już o 22:26. Podczas, gdy płomienie szalały po hali, doszło do kolejnych wybuchów – eksplodowały butle z gazem technicznym. Pożar przez 9 godzin gasiło 86 strażaków. Na miejsce przyjechały dwie cysterny wodne, mające zrekompensować brak czynnego źródła wody w pobliżu. Niestety – i to nie wystarczyło, wobec czego podjęto decyzję o użyciu starego, przeciwpożarowego basenu, przyległego do terenów upadłego „Pamotex-u”. Wodę pompowano także z rzeki Dobrzynki, niestety okazała się ona zbyt płytka i mulista. Wybuchy były słyszalne w całym mieście. Z ogniem, prócz strażaków, walczyli policjanci, strażnicy miejscy i Ochotnicze Centrum Ratownictwa. Straty oceniono na: 4 stoły, 3 maszyny, kilka silników i 504 metry kwadratowe dachu oraz rozerwana w wyniku eksplozji ściana. Pożar był ostatnim gwoździem do trumny starej „Pawelany”. Od tego momentu, we wnętrzu zakładu na dobre zagościli złomiarze, a specjalne ekipy pracowników wymontowały resztki ocalałych maszyn i sprzętów.

Ryszard K. miał od 13 października 2004 odbyć karę ograniczenia wolności w zakładzie karnym w Łodzi. Nie stawił się. Uciekł za granicę. Wyrywek prasowy z tamtych dni głosił:
„Prawomocnym wyrokiem Sąd rejonowy w Łodzi skazał Ryszarda K. na 2 lata pozbawienia wolności za wyłudzenie 19.000 PLN od Towarzystwa Asekuracyjnego Polonia. Karę zawieszono, pod warunkiem, że oskarżony w ciągu 3 miesięcy odda Towarzystwu zagarnięte pieniądze. Nie zrobił tego. Nie zapłacił też ani grosza za fabrykę przy ulicy Zamkowej 2 w Pabianicach. Ostatnim właścicielom „Pawelany” – firmie z Warszawy, wystawił weksel bez pokrycia na kwotę 100.000 PLN”.
W późniejszym czasie, Ryszard K. uniknął kary, zasłaniając się złym stanem zdrowia.
Lata 2006-2007 przyniosły rewolucyjne wieści. Niszczejące mury zakładu zostały zakupione przez biznesmena, Andrzeja Furmana, właściciela firmy farmaceutycznej „Aflofarm”, który postanowił reaktywować opuszczone budynki! Wprawdzie nie chodziło już o produkcję przędzy, niemniej wieść o zachowaniu istniejącej zabudowy była dużo lepsza, niż wyrok rozbiórki budynków. Upubliczniony projekt ukazywał, że zachowana miała zostać większość istniejących obiektów. Wyburzeniu ulec miała jedynie część zniszczona przez pożar. Plac przed fabryką miał zostać zabudowany, zaś nadbudówka mieszcząca maszynownię windy zamienić się w fragment restauracji. Znalazło się też miejsce na rekonstrukcję kilku historycznych elementów, które zniknęły z fabryki wiele lat temu. „Centrum Fabryka” zawierać miało markowe sklepy, hotel, apartamenty (tak zwane „lofty).
Prace projektowo-porządkowe na terenie fabryki trwały w latach 2008-2009. W październiku 2009 odmalowano fragment frontowej elewacji kamienicy przy ulicy Zamkowej, jednocześnie na budynku pojawił się potężny baner, reklamujący inwestycję. Treść reklamy zachęcała do najmowania powierzchni w powstającym kompleksie usługowo-rozrywkowym. Doraźnie uzupełniono ubytki w oszkleniu. W połowie 2010 roku rozpoczęły się pierwsze wyburzenia – zniknęły pomieszczenia gospodarcze, zadaszenie podwórza, naziemne przejścia między dwoma „skrzydłami” fabryki, czy jedna z hal, dobudowana w latach powojennych. Uzupełniono płot od strony rzeki. Na początku marca 2011 roku wyburzono wypaloną halę. Kompleks miał być gotowy w 2012 roku. Otwarcie obiektów przesunęło się do listopada 2014 roku. Zmieniono także pierwotne przeznaczenie oraz nazwę na „Fabrykę Wełny”. Od tej pory w murach po ZPW znajduje się ekskluzywny hotel, restauracje, bar, basen, kręgielnia, biura Aflofarmu, SPA, kręgielnia itp. Zachowano oryginalny, industrialny wystrój fabryki. W 2015 roku otwarto przebudowany, unowocześniony przyległy do „Fabryki Wełny” Park im. Słowackiego. Oczyszczono także koryto rzeki, a w najbliższym czasie planuje się przebudowę bulwaru wzdłuż rzeki. Dobrzynki. Po zakończeniu prac, w wywiadzie dla portalu zawod-architekt.pl główny projektant obiektów, Bogdan Niepsuj powiedział – stan techniczny naprawdę nie był zachęcający. Wiedzieliśmy jednak, że jest to ważna część historii Pabianic i piękna architektura, którą warto ocalić. – Architekci świetnie sprostali zadaniu, jakim było wpisanie w tę historyczną tkankę nowych funkcji – dodał Tomasz Jasiński, przedstawiciel spółki Aflopa Nieruchomości.
Gdzieś głęboko w sercu pozostaje jednak atom goryczy. Szkoda, że nie udało się zachować chociaż odrobiny ryku szpul. Szkoda, że już nigdy żadne brudne okno farbiarnii nie skryje przed nami swej tajemnicy…

Obrazek

Garść wspomnień

Od kiedy tylko uformowało się we mnie poczucie świadomości, zwracałem uwagę na pracę fabryk. Intrygowały mnie tajemnicze sylwetki pracowników uwijających się za zabrudzonymi szybami. Ciekawił mnie specyficzny dźwięk maszyn przeciągających kilometry przędzy. Niezapomniany pozostał zapach świeżej tkaniny. Chyba w każdej pabianickiej rodzinie znajdowała się przynajmniej jedna osoba, oddana przemysłowi włókienniczemu. Nie inaczej jest w moim przypadku. Babcia przepracowała dziesiątki lat w biurze nieistniejącego już „Pamotex-u” przy ulicy Traugutta. Do dzisiaj zachowałem kilka specyficznych „kadrów”, wspomnień szczególnie wyrazistych i wciąż żywych.

Połowa lat 90., ulica Zamkowa 4. Budynek, gdzie obecnie mieszczą się kolejne kluby muzyczne, być może nawet te same pomieszczenia. Ciemne okna, a w nich, w blasku oświetlenia jarzeniowego, płynącego z zakładowych, nieekonomicznych lamp, rysowały się cienie potężnych szpul, przetaczających niezliczoną liczbę nici, tworzących wrażenie aksamitnej taśmy. Gdzieś tam, wokół urządzeń, krzątali się ludzie. To był zwyczajny, zimowy dzień…
Lato 2000 roku. Przejażdżka rowerem po „bulwarach”. Pokonując kolejne metry alejki, wsłuchiwałem się we wszędobylski szum maszyn, pracujących na najwyższych obrotach. Dźwięki te płynęły zarówno z „Pamotex-u” jak i „Pawelany”. Specjalne spusty uwalniały parę technologiczną. W innym miejscu potężna rura wypluwała ogromne ilości wody do stawu. Pod samym kominem, na ulicy Grobelnej, tętniło życie. Po zabudowanym wówczas placu krążyły elektryczne „Meleksy”, a taśmociągi z szumem przeciągały węgiel do kotłów. U podnóża komina kłębiła się para wodna. Dzisiaj w tym miejscu pozostał pusty plac, dalej stoi market „Kaufland”, a reszta budowli została zaadaptowana do celów rozrywkowo-usługowych.
W 2002 czy 2003 roku spacerowałem ulicą Lipową. Idąc wąskim chodnikiem, rozkoszowałem się odgłosami życia, płynącymi zza osmolonych okien „Pawelany”. Gdzieś pod ulicą Grobelną, przez potłuczoną szybkę, udało mi się zajrzeć do wnętrza barwiarnii. Kilku mężczyzn wykonywało swoją pracę, żywo przy tym gaworząc. Niezapomniany pozostał zapach i ponury nastrój wnętrza hali. Tego nie da się zapomnieć!
W tym samym czasie, w ostatnim tygodniu ostatniej klasy szkoły, nasi nauczyciele – polonistka, Pani Marzena oraz matematyk – Pan Aleksander, zorganizowali nam wycieczkę do zakładów bawełnianych „Pamotex”. Spóźniłem się na miejsce zbiórki, dzięki czemu, niechcący, zwiedziłem większą część fabryk. Po prostu samodzielnie błądziłem po korytarzach, poszukując jakiegoś śladu reszty grupy. Korytarze miały w sobie magię. Były niesamowicie długie, przebiegały chyba przez całą długość fabryki, przecinając niezliczone ilości hal, gdzie robotnicy – mężczyźni i kobiety – wykonywali swoją pracę. Wędrowałem pomiędzy maszynami uwijającymi się ze zwojami przędzy. Pracownicy byli jakby zahipnotyzowani pracą, niemniej w powietrzu dawało się wyczuć dziwny powiew agonii, klimat końca. Pamiętam, że zaprowadzili nas ciemnym korytarzem do jakiejś odległej hali, gdzie znajdowała się zachwalana, nowoczesna niebieska maszyna, służąca do pakowania gotowych wyrobów. Przy wiązaniu folii, wydawała ona pisk o niezwykle wysokiej częstotliwości. Starszy mężczyzna, obsługujący ten sprzęt, z dumą opisywał cały proces produkcyjny. Z wolna wróciliśmy ciemnym, długim korytarzem, który potem, przez wiele lat, pozostawał obecny w moich snach. Niespełna miesiąc później fabrykę zlikwidowano. Można rzec, że zdążyliśmy na ostatnią chwilę, by chociaż troszkę „liznąć” tego, co dotąd zostawało skryte za obskurnymi murami. Od tej pory na dobre „zachorowałem” na fabryki. Chciałem je zwiedzać, badać, ustalać przeszłość i zachować tyle, ile się da.

Obrazek
Fotografia powyżej: Nieistniejące już dzisiaj pomieszczenie biurowe PZPB (oddział przy ulicy Traugutta), sfotografowane około 1978 roku. Fotografia ze zbiorów rodzinnych autora.
Mam żal do siebie, że po likwidacji „Pamotex-u” przy ul. Traugutta, pomimo możliwości wtargnięcia do środka, niezbyt bardzo się do tego zebrałem. Owszem, nieco zwiedziłem, niemniej nie tyle, ile można było, zarzucając przy tym pomysł uwiecznienia infrastruktury na kliszy, co było największą głupotą. A było co oglądać – fabryczne lampy, maszyny, kompletne stanowiska… Nie mogę sobie wybaczyć również tego, że wiele lat temu, udając się pierwszy raz w mury zlikwidowanej już „Pawelany”, nie zbadałem niczego więcej, ponad skrawek parteru i pierwszego piętra budynku administracyjnego. Pamiętam jak przed tą wyprawą oświadczyłem przyjaciółce, próbującej mnie powstrzymać, że „czuję w tamtym miejscu moje przeznaczenie. Zbadam te obiekty, chociaż miałoby mi to zająć kilka lat. Udokumentuję i zachowam tyle, ile zdołam. A jeżeli mam tam zginąć, to zginę”. Badania zajęły mi kilka lat, podczas których wykonałem setki zdjęć. Zachowałem mnóstwo wartościowych materiałów. Dopełnienie mych słów – „jak mam tam zginąć, to zginę” wykonało się podczas ostatniej, pożegnalnej wizyty w tamtym miejscu, gdy omal nie straciłem zdrowia. Łącznie nawiedzałem to miejsce na przestrzeni kilku lat blisko dziesięć razy, zarówno za dnia, jak i nocą. Pierwszy raz był najwspanialszy – pozwolił z wolna, na własną rękę odkryć tajemnicę i ogrom fabryki, w której było jeszcze mnóstwo ciekawych rzeczy, w tym niezliczona ilość dokumentów. Niestety, po bardzo powierzchownej lustracji parteru, udałem się na piętro, do budynku biurowego i, pod presją osób towarzyszących, na tym zakończyłem wizytację. Żałuję, straciłem bowiem możliwość zajrzenia do pomieszczeń redakcyjnych, laboratorium czy sali konferencyjnej w stanie względnie nietkniętym rąbkiem czasu. A w tamtych czasach było co oglądać i fotografować – w sali konferencyjnej wciąż stało pianino, w wielu biurach znajdowały się ciekawe gadżety. Niestety, wiele smaczków mnie ominęło. Być może zmotywowało mnie to do głębszego badania obiektów w późniejszym okresie.
Nie ma co się oszukiwać – po 2006 roku budynki nie kryły w sobie już nic ciekawego, wszystkie dokumenty, papiery, książki, materiały, tabliczki i inne warte udokumentania przedmioty, zostały wywiezione, zachowane przez nawiedzających to miejsce mieszkańców lub zniszczone przez przyrodę, która przez kilka lat dość porządnie nadwyrężyła wnętrza budynków. Szczególnie niszczycielskie okazały się wilgoć i wiatr, spowodowane ubytkami w oszkleniu fabryki.

Obrazek

Opis zabudowań

Zabudowę ZPW „Pawelana” można łatwo rozdzielić na kilka części. Zasadniczo rozróżniam tutaj cztery skrzydła:
- administracyjno-usługowe, biegnące przy ulicy Zamkowej, od rzeki, po bramę przy ulicy Lipowej,
- socjalno-techniczne, biegnące wzdłuż rzeki Dobrzynki,
- produkcyjne, rozpoczynające się za bramą przy ulicy Lipowej i kończące się przed ul. Grobelną,
- chemiczne, biegnące wzdłuż ulicy Grobelnej.
Trzypiętrowy budynek czołowy, przylegający bezpośrednio do ulicy Zamkowej, mieścił najważniejsze biura potrzebne do funkcjonowania zakładu – księgowość, kadry i tym podobne. Znajdowały się tam ponadto: ozdobny gabinet dyrektorski, sala konferencyjna, sklepik firmowy i rozdzielnia prądu. Poza tym, w budynku frontowym mieściły się pomieszczenia wynajmowane pod przeróżne usługi – na trzecim piętrze znajdował się aerobik i studio muzyczne zespołu „Proletaryat”. Na parterze była redakcja „Gazety Powiatowej”. Z pewnością takich użyczeń powierzchni było więcej, nie sposób teraz tego dokładnie opisać. Budynek w tej części fabryki charakteryzuje się (od ulicy Zamkowej) ładną elewacją, przypominającą nieco tą, znaną powszechnie z kamienic. Inną cechą są łukowe okna na najniższym i najwyższym piętrze. Okiennice na górnym poziomie są szczególnie urokliwe, przybierają półkolistą formę, zdobioną ceglanymi gzymsami. Okna w tej części zakładu były klasyczne, drewniane. Dodatkowo część okien w części biurowej, na pierwszym piętrze, w ostatnich latach funkcjonowania ZPW, wymieniono na kratownicowe PCV. W tym miejscu należy wspomnieć także o tym, że na trzecim piętrze znajdowały się ciekawe świetliki dachowe. Skrzydło „administracyjno-usługowe” posiadało dwie klatki schodowe. Pierwsza, główna, mieściła się dokładnie w narożniku budowli, pomiędzy mostem nad Dobrzynką a ulicą Zamkową. Druga, mniejsza, zlokalizowana była przed bramą wjazdową przy ulicy Lipowej. Co ciekawe, schody w tej części budynku, pomiędzy drugim a trzecim piętrem, miały formę kręconą. Warto wspomnieć, że „Pawelana” posiadała dość obszerną piwnicę, do której wiodły przynajmniej dwa zejścia. Dodatkowo, z zewnątrz, od ulicy Lipowej, można było się tam dostać przez specjalny zsyp, zlokalizowany za wejściem do rozdzielni. Zsyp zlikwidowano w okolicy 2006 roku. Niestety poziom podziemny jest nieosiągalny. Ogromne ilości wody i szlamu zajmują całą powierzchnię piwnic.
Sugerując się zsypami przy Lipowej, sądziłem, że w piwnicach znajdowała się kotłownia. Tylko w takim razie, gdzie w „Pawelanie” znajduje się komin? Czy nie było tak, że ciepło w kaloryferach ZPW zapewniała pobliska ciepłownia „Pamotex-u? Niestety, te pytania pozostają bez odpowiedzi.
Część socjalno-techniczna w całości przylegała do rzeki. Składała się w większości z dwóch pięter. Mieściły się tam: garaż, magazyn (?), stołówka, zaplecze gastronomiczne, kuchnia, schowki, warsztaty, umywalnie i toalety. Część ta nie posiada żadnej klatki schodowej. Okna, które się tutaj znajdują, są na ogół kratownicowe – drewniane bądź metalowe. Godne odnotowania jest to, że do wielu pomieszczeń nie da się wejść bezpośrednio z tego skrzydła – zarówno umywalnie, toalety jak i warsztat elektryczny, były niedostępne z poziomu socjalno-technicznego. Prowadziły do nich specjalne, naziemne, zadaszone, drewniane kładki, wybiegające z równoległego „skrzydła” produkcyjnego. Do warsztatu wiodły dodatkowo zewnętrzne, metalowe schody, wypuszczone bezpośrednio z jednej z kładek. Reasumując – przebywając w tej części zakładu, by przejść z jednego końca skrzydła na drugi, trzeba było udać się na spacer przez części administracyjną i produkcyjną, do mostka, po którym należało dojść do specjalnych schodów, wiodących do warsztatu. Naturalnie nie był to kaprys projektantów fabryki. W latach przedwojennych ta część fabryki spełniała zupełnie inną rolę, kształtując jednocześnie spójną całość – miejsce, gdzie mieści się warsztat, najprawdopodobniej było parterowym zapleczem, natomiast toalety nie mają połączenia z resztą budynku, ponieważ znajdują się w pozostałości po nieistniejącej od wielu lat wieży (więcej na ten temat w ciekawostkach). Do budynków dobudowane były dwa małe, parterowe pomieszczenia (wyburzone w połowie 2010 roku).
Część produkcyjna, przylegająca w zasadzie w całości do ulicy Lipowej, znajduje się w samym środku fabryki. Na dwóch (miejscami trzech) piętrach, znajdowały się hale skrywające liczne maszyny. Wszystkie sale łączył korytarz, przebiegający przez ich środek. Niektóre posiadały małe, częściowo przeszklone biura (z pewnością zajmował je kierownik danego działu zakładu). Do innych przylegają małe schowki czy toalety (parter). Wiele pomieszczeń w środkowej części kompleksu jest bardzo zniszczonych – głównie przez pożar, który częściowo spustoszył drugie piętro. Straszą tutaj wypalone cegły i zawalony dach. Obiło się to stanem hal, znajdujących się pod miejscem spalenia. Do dzisiaj wyraźnie widoczna jest potężna wyrwa w ścianie, będąca pamiątką po eksplozji z 2004 roku. Skrzydło produkcyjne zaczyna się umownie od łukowej bramy, będącej niegdyś głównym wjazdem na teren ZPW „Pawelana”. Żelazne wrota z furtką, opatrzoną typowym, uchylanym „wizjerem”, bronią dostępu do wnętrza zakładu. Za nimi znajdują się pozostałości wagi, służącej do kontroli ciężkości towarów, wywożonych wewnątrz pojazdów. Część ta posiada dwie windy i dwie klatki schodowe, zlokalizowane względnie blisko siebie. Obie przebiegają wzdłuż osi nadbudówek zabudowanych na dachu. Pierwsza z nich, przylegająca do wewnętrznej strony muru, jest mała i podłużna. Mieściła maszynownię dźwigu osobowo-towarowego. Druga, stercząca nad ulicą Lipową, jest znacznie wyższa i okazalsza. Poza poziomem maszynowni znajdują się tutaj dodatkowe dwa piętra, opatrzone małymi, kratownicowymi okienkami. Nie ulega wątpliwości, że ten „gołębnik” miał w przeszłości więcej funkcji. Być może znajdował się tutaj zbiornik z wodą?
Obie windy zdewastowano i rozkradziono. Kabina jednej z nich pozostała w szybie. Były to typowe dźwigi osobowo-towarowe o udźwigu 1000 kilogramów, produkowane przez polski kombinat dźwigowy „Zremb”. Numer fabryczny dźwigu zlokalizowanego we wschodnim szybie: 311400300. Dokumentacja, instrukcja tej windy, pochodzi z 1968 roku. Być może jest to jakaś wskazówka, ułatwiająca oszacowanie okresu, w którym wewnątrz „Pawelany” zabudowano windy. Należy się spodziewać, że oba dźwigi powstały mniej więcej w tym samym czasie.
W otworach okiennych hal przeważają metalowe kratownice. Na pierwszym i drugim piętrze można znaleźć kilka drewnianych okien. Poza halami znajdującymi się w głównym ciągu zakładu, do części produkcyjnej powinno się zaliczyć sporą budowlę, która znajdowała się u zbiegu „skrzydeł”: chemicznego i produkcyjnego. Była to duża, murowana hala, kryta metalowym, półkolistym dachem. Pomieszczenie posiadało jedno małe biuro/schowek. Hala musiała zostać dobudowana po wojnie – świadczy o tym nie tylko odmienny styl architektoniczny ale i zdjęcia przedwojenne, gdzie jej po prostu nie ma. Do hali prowadziły trzy wejścia, w tym tylko jedno wiodło bezpośrednio do reszty zakładu, pozostałe wybiegały na dziedziniec. Miejsce to jest jedną z największych zagadek. Znajdują się tutaj liczne kanały odpływowe, postumenty, rampy, szyny, fundamenty, ślady smarów – ciężko powiedzieć, jaką funkcję pełniło to pomieszczenie. Z całą pewnością nie była to zwyczajna hala produkcyjna. Niestety w rozwikłaniu zagadki nie pomagają nawet archiwalne zdjęcia z okresu likwidacji fabryki. Wpadłem jednak na pewien trop. Mnogość kanałów odpływowych, liczne ujścia wentylacyjne i duża ilość tablic BHP, informujących głównie o zakazie palenia i lokalizacji syreny alarmowej, wraz z systemem szybkiego ostrzegania przed pożarem, który znajdował się wyłącznie w tej hali – mogą wskazywać, że obiekt ten stanowił jakąś maszynownię, siłownię. Nie wykluczone także, że przechowywano bądź przetwarzano tam jakieś składniki. Raczej na pewno pomieszczenie nie brało udziału w łańcuchu produkcyjnym – świadczy o tym nikłe połączenie z resztą zakładu. Nadmienię, że po likwidacji zakładów w tym rejonie stał transportowy wózek akumulatorowy „Stalowa Wola”. Przyciski alarmowe znajdują się wyłącznie w obrębie pomieszczenia. Są to sygnalizatory „Telkom” wyprodukowane w 1972 roku. Pracownik, dostrzegając niebezpieczeństwo, zbijał szybkę impulsatora, puszczając sygnał wybudzający syreny alarmowe. Niewykluczone, że lata 1970-1972 to okres, kiedy wzniesiono tą halę. Będąc przy temacie syren przeciwpożarowych, nie wypada nie wspomnieć, o niemal zabytkowych gongach, usianych na zewnętrznych ścianach zakładu (przy ulicy Lipowej).
Tajemnicze pomieszczenie zostało wyburzone latem 2010.
Część chemiczna biegnie wzdłuż ulicy Grobelnej i składa się z trzech pięter. Wszystkie okna są metalowe, kratownicowe. Znajduje się tutaj jedna klatka schodowa oraz druga brama wjazdowa. Parter krył hale, w których mieściła się farbiarnia. Było tam również biuro i pomieszczenia magazynowe. Schowki zlokalizowano tradycyjnie, pod schodami. Pierwsze piętro skrywało miejsce, gdzie magazynowano lub przygotowywano barwniki, o czym świadczą liczne ich pozostałości. Drugie piętro to typowe hale produkcyjne, trzecie zaś – laboratorium chemiczne, gdzie zachowało się najwięcej elementów w niezmienionej formie od czasu zakończenia produkcji. Wprawdzie to, co zostało do czasów moich odwiedzin w murach fabryki, to jedynie 30%-40% tego, co było przed 2004 rokiem, niemniej zważywszy na resztę „Pawelany”, to i tak bardzo dużo. Być może przyczyniło się do tego „zaspawanie” tych działów po zakończeniu produkcji?
Upodobałem sobie widoki, jakie daje pobyt na trzecim piętrze „skrzydła” chemicznego – z jednej strony rozpościera się Stare Miasto z kościołem pod wezwaniem świętego Mateusza i Wawrzyńca, z drugiej – bulwary, staw PZPB, rzeka Dobrzynka i dziesiątki industrialnych budynków dawnego „Pamotex-u”. Widok ten z pewnością nie zmienił się od czasów, gdy po laboratorium uwijali się ostatni pracownicy „Pawelany”.
Plac fabryczny, okolony zewsząd zabudowaniami, pokryty jest trylinką. Część terenu była zadaszona. Obszar na poziomie pierwszego piętra w kilku miejscach przecięty był przez rury, które transportowały różne substancje, w tym parę technologiczną z ciepłowni „Pamotex-u”, z którą „Pawelana” sąsiadowała. Ponad głowami wisiały także szyny dźwigów (suwnic), ułatwiających załadunek towaru oraz kładki wiodące z hal produkcyjnych do skrzydła socjalnego. Nieopodal drugiej bramy stały drewniane komórki. Wszystkie te elementy tworzyły niepowtarzalny klimat Zakładu Przemysłu Wełnianego. Zarówno kładki, zadaszenie jak i resztki rur ostatecznie strącono i zniszczono w czerwcu 2010.

Ciekawostki

Badając materiały związane z fabryką odkryłem dużo ciekawostek. Oto kilka z nich:
- Na stanie ZPW było kilka samochodów. Ciężko określić, jaki sprzęt posiadał ten zakład przed 2000 rokiem, niemniej do końca, we flocie „Pawelany”, pozostał jedynie Daewoo Lublin. Był to typowy, dostawczy samochód w granatowym kolorze. Na drzwiach nosił zielone logo zakładu, naniesione poprzez szablon. Samochód jeszcze w 2003 roku widywano w mieście. Niestety, po upadku fabryki, nie został sprzedany. Zdewastowany i rozkradziony wrak pojazdu stał w garażu do drugiej połowy 2006 roku. Później go złomowano. Na dziedzińcu przez pewien czas stał również wspomniany wcześniej wózek akumulatorowy. Ze starych opowiadań dowiedziałem się, że swego czasu ZPW posiadały autobus zakładowy, prawdopodobnie Jelcza 041 lub 043, popularnego „ogórka”.
- Przed wojną komunikacją tramwajową przewożono nie tylko ludzi ale i towary. Niektóre linie podmiejskie (na przykład do Tuszyna) przez szereg lat nie posiadały trakcji elektrycznej. Kursowały tam wąskotorowe parowozy. Do dzisiaj w Łodzi zachował się co najmniej jeden tramwajowy wagon towarowy. Do pabianickich zakładów prowadziły towarowe bocznice tramwajowe. Jedna wiodła dzisiejszą ulicą Piłsudskiego – wzdłuż zakładów „Polfy”. Druga skręcała w pobliże dzisiejszej ulicy Strażackiej. Niestety nie zachowały się żadne zdjęcia, na których wyraźnie byłoby widać przebieg torowisk. Wszystkie ślady po bocznicach zostały zatarte.
- W budynku administracyjnym ZPW, na trzecim piętrze w narożniku przy rzece, znajdowała się niegdyś sala ćwiczeń słynnego pabianickiego zespołu – „Proletaryatu”. Z mojego śledztwa i korespondencji z członkami grupy wynika, że miało to miejsce w latach 90. (Proletaryat powstał w 1989 roku). Muzycy spotykali się tam przez kilka lat.
- Z pewnością niektórzy mieszkańcy okolic Pabianic pamiętają „Gazetę Powiatową”, wydawaną niegdyś w naszym mieście. Redakcja znajdowała się w „Pawelanie”. „Powiatowa” mieściła się niemal idealnie u zbiegu ulic Zamkowej i Lipowej. Znajdowało się tam osobne wejście, wybiegające na ulicę Lipową. Do wnętrza pomieszczenia prowadziły drzwi, umieszczone za pojedynczym stopniem, wyłożonym płytkami. Redakcja mieściła się tam bardzo krótko. Wraz z zamknięciem budynków ZPW, „Powiatowa” zniknęła z rynku.
- „Pawelana”, jak każda duża fabryka, posiadała sieć sklepów firmowych. Prawdopodobnie dawniej jeden z nich mieścił się w budynku administracyjnym fabryki. Świadczy o tym osobne wejście i rozmieszczenie pomieszczeń na parterze. Inny sklep, noszący numer 7, znajdował się w nieistniejącym już budynku fabrycznym przy zbiegu ulic Łaskiej, Partyzanckiej, Zamkowej i Wspólnej – w miejscu, gdzie od lat stoi stacja paliw „Statoil” oraz punkt gastronomiczny KFC (dawniej Burger-King). Lokalizacja pozostałych punktów sprzedaży wyrobów „Pawelany” pozostaje zagadką.
- Zabudowa ZPW jest częściowo dwu- i trzy-piętrowa. Część chemiczna, socjalno-techniczna i administracyjno-usługowa ma trzy piętra. Część produkcyjna – tylko dwa. Wyraźny brak trzeciego piętra na pewnym odcinku budowli zdradza, że nie było tak od zawsze. Nie udało mi się niestety ustalić, kiedy dokładnie i – przede wszystkim – dlaczego wyburzono trzecie piętro produkcyjne.
Obrazek
Powyższa fotografia lotnicza wyraźnie pokazuje, że istniało trzecie piętro w części produkcyjnej. Zdjęcie to pozwala na ustalenie przybliżonej daty likwidacji tego poziomu. U dołu kadru, na przystanku pod Spółdzielczym Domem Handlowym, widzimy dwa kremowo-czerwone autobusy marki Ikarus 260. Pojazdy te kursowały po Pabianicach od 1983 roku. Po lewo stoi skład wagonów 805N+805N na linii 41. Składy takie jeździły do Pabianic do 1992 roku, kiedy obsługę linii tramwajowej w naszym mieście przejęła spółka Międzygminna Komunikacja Tramwajowa, dysponująca wyłącznie starszymi wagonami przegubowymi generacji 803N. Na podstawie tych danych wiemy, że trzecie piętro hal w środkowej części „Pawelany” zniknęło między 1983 a 1992 rokiem. Nie wiadomo, co spowodowało wyburzenie górnej hali. Co ciekawe, wszystkie pomieszczenia, znajdujące się pod brakującym poziomem, charakteryzują się dodatkowymi poprzeczkami, wzmacniającymi ściany. Być może halę na trzecim piętrze zniszczył pożar, naruszający resztę konstrukcji w tej części fabryki? Dysponuję dokładnym zdjęciem wykonanym przy dziedzińcu zakładu w latach 20. ubiegłego wieku, gdzie dokładnie widać, że trzecia kondygnacja cechowała się nieco niższym stropem dopasowanym do linii dachowej pozostałej części fabryki.
Obrazek
- Kompleks fabryczny wywyższa się nad główną ulicą miasta dzięki specyficznej sylwetce jednej z dwóch nadbudówek (wież). Obie spełniały te same funkcje – mieściły maszynownię dźwigu osobowo-towarowego. Nie ulega wątpliwości, że wyższa wieżyczka posiadała jeszcze jakieś, nieznane mi zadanie. Świadczy o tym fakt, że ponad poziomem maszynowni znajdują się dwa dodatkowe półpiętra, doświetlone oknami. Niegdyś zakład ten miał jeszcze jedną, trzecią, najokazalszą, spiczastą wieżę! Zamieszczone obok zdjęcie ukazuje miejsce, z którego wznosiła się nieistniejąca już budowla. Jej przeznaczenia można się jedynie domyślać – być może miała takie samo zastosowanie, jak istniejąca do dziś wieża ciśnieniowa PZPB, zlokalizowana na parkingu C.H. „Echo”? Pocieszne jest to, że przy projektowaniu „Centrum Fabryka” uwzględniono rekonstrukcję tej budowli. Wielomiesięczne poszukiwanie dokładnej lokalizacji obiektu, zakończyłem rewolucyjnym odkryciem – otóż część wieży istnieje do dziś – łatwo ją zlokalizować po specyficznych, pionowych gzymsach w murze, takich samych, jak te, które ciągną się od samego podłoża wieży na przedwojennych pocztówkach. Do czasów ówczesnych zachowała się bryła budowli. Z niewiadomych powodów, część wystającą poza obrys dachu wyburzono. W podstawie wieży, która została jakby „przyklejona” do części socjalno-technicznej, na poziomie pierwszego i drugiego piętra urządzono toalety. Wieża, z oczywistych względów, nie była użytkową częścią fabryki, toteż nie posiadała bezpośredniego połączenia z resztą budynku. Tak już pozostało, nawet po likwidacji funkcji, którą spełniał najwyższy punkt fabryki. W celu umożliwienia dotarcia do toalet wewnątrz podstawy wieży, zabudowano drewniane łączniki. Do dzisiaj dobrze widać ślady nowej cegły w punktach, gdzie uzupełniano braki pomiędzy wieżą a mostkiem. Obiekt odbudowano w 2012 roku.
- Wiele wskazuje na to, że niegdyś z okolic terenu „Pawelany” wznosił się wysoki komin. Wprawdzie nie tak okazały, jak ten z „Pamotex-u”, niemniej na większości przedwojennych zdjęć kopci bardziej, niż „król miasta”. Pocztówki ukazują te budowle z różnej perspektywy – zarówno od strony Starego jak i Nowego Miasta. Żadne ujęcie nie pozwala na zbadanie dokładnej lokalizacji konstrukcji, dlatego podchodzę do sprawy z lekką rezerwą. Możliwe, że jeden z widocznych na zdjęciu kominów pochodzi z nieistniejących już budowli, zlokalizowanych na drugim brzegu Dobrzynki. Głębia zdjęć nie pozwala na dokładną weryfikację obrazu. Poniższe zdjęcie przedstawia fragment ulicy Zamkowej.
Obrazek
Widoczny istniejący do dzisiaj budynek fabryczny PZPB z zegarem zabudowanym na szczycie. W tle – „Pawelana”. Uwagę zwraca wyrazista sylwetka wieży, o której pisałem prędzej. Za wieżą stoi komin. Zważywszy na lokalizację, prawdopodobnie znajduje się pod drugiej stronie rzeki. Nie można tego rzec o drugim kominie, który widać po prawej stronie. Z wielu zdjęć wynika, że wyrasta on z okolic, gdzie dziś znajduje się skrzyżowanie ulic Lipowej i Grobelnej
- Zakład Przemysłu Wełnianego, jak większość dużych placówek, posiadał własną, ochotniczą zakładową straż pożarną. Świadczy o tym tabliczka, znaleziona w ruinach „Pawelany”. Na żółtym, nadpalonym materiale, napisane było „Remiza Strażacka”. Była to jedna z kilku „zakładówek” na terenie Pabianic. Swoje wewnątrzzakładowe remizy posiadały między innymi „PASO”, PZPB, do niedawna Polfa. ZOSP wciąż funkcjonuje na terenie PaFaNy.
- Ulica Lipowa, jak i sama „Pawelana”, zagrały w „Ziemi Obiecanej”. Widzimy tam kilka ciekawych kadrów, zarówno z poziomu Lipowej, z hali produkcyjnej, jak i z rzeki. Ujęcia przedstawiają interesujące momenty, gdy setki ludzi zmierzają Lipową, ku bramie zakładu. Z okien bucha para techniczna, wszędzie słychać ryk maszyn. Kto chce ujrzeć pabianickie i łódzkie fabryki „za życia” – niech koniecznie obejrzy ten stary film!
Obrazek
- Wewnątrz zakładu znalazłem naklejki „Only Pawelana”. Natknąłem się na nie w wielu miejscach, co może oznaczać, że wydano je jako gadżet firmowy. Sama forma wykonania raczej nie powala na kolana. Przed niebieskim logo zakładu znajduje się czerwony, ukośny napis „only”. Pod tym wszystkim umieszczono telefon kontaktowy. Całość nie sprawia zbyt dobrego wrażenia. Trąci tandetą.
- Z pewnością wielu pamięta, że ulicą Lipową przez wiele lat biegł potężny rurociąg. Przechodził on prawą stroną ulicy (patrząc od Zamkowej) i ginął pod główną ulicą miasta, by wypełznąć na powierzchnię w Parku Słowackiego. Rurociąg ten miał doprowadzać parę technologiczną z ciepłowni „Pamotex-u” do okolicznych zakładów zlokalizowanych w dzielnicy przemysłowej (Polfa, PASO, papiernia, Polam). Niestety, jak podają nieoficjalne źródła, rurociąg nigdy nie został uruchomiony. Bezużyteczne rury zdobiły Lipową od lat 80. do około 2003-2004 roku, kiedy je zlikwidowano. Pomimo tego, przez kilka kolejnych lat, ciąg dalszy rurociągu wciąż tkwił zarówno w Parku Słowackiego, jak i przy ulicy Partyzanckiej. Stan ten zmieniono ostatecznie w 2008 i 2010 roku. Można się spodziewać, że ostatni element rury przebiega pod ulicą Zamkową – do dziś znajduje się tam studzienka rewizyjna, która się zapadła i ma zostać zlikwidowana. Nieliczne szczątki ciągu uchowały się także na terenach przyległych do bulwarów.
Obrazek
Fotografie przedstawiają resztki rurociągu zlokalizowane do 2010 roku na terenie Parku Słowackiego (po drugiej stronie ZPW), oraz dzień 8 sierpnia 2011 r., w którym wykonano wykopy w ulicy Lipowej w celu wyciągnięcia resztek zalegających pod chodnikiem rur.
- Wspomniałem na początku opracowania o dwóch filiach „Wolany”. Mniejsza placówka, mieszcząca się przy ulicy Dąbrowskiego 23, istnieje do dziś. Gustowny budynek administracyjny z czerwonej cegły, został ocieplony pod koniec lat 90. W jego wnętrzu powstała apteka (zamknięta w połowie grudnia 2010 roku) i pomieszczenia usługowe. Część hal produkcyjnych zajęła hurtownia artykułów papierniczych. Druga część po dziś dzień wytwarza przędzę. W bezpośredniej bliskości wciąż czuć przyjemny zapach świeżej tkaniny, wzmocniony przez specyficzny szum maszyn. Jestem bezpośrednim sąsiadem tych zabudowań. I pomimo tego, dopiero kilka lat temu dowiedziałem się, że ten zakład stanowi oddział ZPW „Pawelany. Gdy uświadomiłem sobie, że całe życie mieszkam przez płot z „Pawelaną”, zrozumiałem, że jednak jest w tym jakieś przeznaczenie… Wprawdzie zabudowa straciła na charakterze, głównie ze względu na zamaskowanie czerwieni cegieł i likwidację dwóch kominów, niemniej to wciąż „Wolana”. Czynna!
- Ulica Grobelna przez szereg lat pozostawała ulicą wewnętrzną, wewnątrzzakładową. Skrajny budynek, pierwszy po prawo, wjeżdżając od strony ulicy Kilińskiego, był portiernią. Znajdował się tam szlaban i brama wjazdowa. Z drugiej strony, wjazd na teren zakładu mieścił się za skrzyżowaniem z ulicą Lipową, tuż za szkołą muzyczną. Grobelną otwarto dla ruchu publicznego dopiero w okolicach 2001 roku, gdy ograniczono pracę ciepłowni PZPB. Wówczas spacer ulicami Lipową i Grobelną miał zupełnie inny charakter …
- Jak głoszą notatki prasowe z ostatnich lat funkcjonowania fabryki wełny, pracownicy fizyczni zarabiali średnio 800 złotych za miesiąc. Zatrudnieni w biurach otrzymywali około 2200 złotych pensji.
- Na jednej ze ścian „Pawelany” do niedawno wisiało potężne logo zakładu, które w październiku 2009 roku zostało zasłonięte przez baner reklamujący „Centrum Fabryka”. Szyld informował o zakresie produkcji zakładów. Wyczytujemy z niego, że firma wytwarzała tkaniny sukienkowe, kostiumowe i ubraniowe.
Obrazek
- Książka telefoniczna „Pabianice 1997” udziela kilku wskazówek na temat zakładów tekstylnych. Oto one:
PZPB Pamotex S.A., punkt sprzedaży – Łaska 11, PZPB Pamotex S.A., sklep firmowy „Diana” – Kilińskiego 4, PZPB Pamotex S.A. – „Grota” Roweckiego 2, PZPB Pamotex S.A. – Zamkowa 3, PZPB Pamotex S.A. – Traugutta 6.
Adresy odnosiły się do:
a) wykańczalni przy ul. Roweckiego. Był to ostatni czynny oddział PZPB. Zabudowę na szczęście zachowano i zaadaptowano pod inne cele.
b) oddziału przy ul. Zamkowej. Mieścił się on w budynkach rozciągających się od ulicy Strażackiej po Lipową. Dziś te zabytkowe budowle służą powierzchnią do wynajęcia. Znajdują się tam sklepy, banki, dyskoteka. Dzięki tej informacji wiemy, że oddział ten pracował co najmniej do 1997 roku.
c) oddziału przy ul. Traugutta. Co ciekawe, oznaczony jest już jako nieczynny. Nie podano nawet numeru telefonu. Dzisiaj na jego miejscu znajdują się markety oraz centrum handlowe.
d) sklep „Diana” znajdował się w nieistniejącym już budynku, stojącym niemal naprzeciw Spółdzielczego Domu Handlowego w ścisłym centrum miasta. Biały obiekt był nieruchomością PZPB. Bezpośrednio do niego przylegały ogromne hale kolejnego oddziału „Pamotex-u” – przy ulicy Grobelnej. Niestety i te budynki zniknęły, zamieniając się w market.
e) punkt sprzedaży przy ulicy Łaskiej mieścił się w brudnym, zaniedbanym, ceglanym, piętrowym budynku, znajdującym się przy bocznicy kolejowej, na terenie składnicy węgla. Od kiedy sięgam pamięcią, od zawsze stały tam potężne, archaiczne koparki a obskurny dom przyciągał wzrok, chociaż nie zachęcał do odwiedzin. Sklep PZPB mieścił się na parterze. W 2003 zamknięto bocznicę i skład, dom zburzono, koparki pocięto na złom. Dzisiaj stoi tam market Lidl…
W zestawieniu wyraźnie brakuje kontaktu do wyburzonej latem 2006 roku ciepłowni PZPB, zlokalizowanej przy ulicy Grobelnej. Jest to o tyle dziwne, że z pewnością działała po 2000 roku.
Warto w tym miejscu wspomnieć, że PZPB posiadał w mieście, okolicy i Polsce, całą masę obiektów – ogródki działkowe, ośrodki kolonijne nad morzem, hale gimnastyczne, sale bankietowe czy jadłodajnie. Większość z tych obiektów istnieje do dzisiaj, naturalnie we władaniu innych podmiotów gospodarczych. Cały PZPB to temat na osobne opracowanie.
W książce telefonicznej znalazły się wzmianki o ZPW. Oto one:
Pawelana, sklep numer 7 – Łaska 7, Pawelana, wydział tkalni i przygotowania produkcji - Dąbrowskiego 23/25. Zaskakuje brak notki o głównej siedzibie, mieszczącej się przy Zamkowej 2! Czyżby w 1997 produkcja przy Zamkowej była zamrożona? A może to tylko nierzetelność redaktora prowadzącego spis fabryk? Intryguje również to, że w spisie znajduje się tylko i wyłącznie sklep numer 7. A gdzie reszta? Czy sklepy firmowe były usiane wyłącznie w Pabianicach? A może „Pawelana” posiadała punkty sprzedaży w całym województwie? Domyślam się, że z pewnością przynajmniej jeden sklep mieścił się w Zduńskiej Woli. Pozostałe pozostają zagadką.
- Skąd się wzięła nazwa „Pawelana”? Wymyślili ją pracownicy zakładu po przeistoczeniu z „Wolany”. Pierwsza sylaba – „pa” – miała nawiązywać do nazwy miasta Pabianic. Druga – „we” – do profilu produkcyjnego (wełna). Trzecia zaś stanowiła sentymentalne nawiązanie do „Wolany”.
- Podczas wielu miesięcy pozyskiwania kontaktów z ludźmi, mającymi styczność z fabryką za czasów funkcjonowania, wielokrotnie spotkałem się z dziwacznym przeklęciem tego miejsca od „nawiedzonych”. Nasłuchałem się wielu historii o tych, którzy tam zginęli, o rzekomych duchach (były nawet zdjęcia obrazujące rzekomą zjawę w jednej hali produkcyjnej! Naturalnie wszystko okazało się zwykłym foto-oszustwem). Podczas wielu wizyt w murach zakładu, ani razu nie natknąłem się na ducha. Owszem, bywały chwile zaskoczenia, zwłaszcza wówczas, gdy niespodziewanie spotykałem tam innych ludzi, niemniej prawie nigdy nic złego mnie tam nie spotkało. Propagowany „Duch Pawelany” nigdy nie istniał.
Obrazek

Wirtualny spacer po ZPW „Pawelana - otoczenie fabryki”

Spostrzeżenia zawarte w dalszej treści pracy niejednokrotnie stanowią moją – częstokroć luźną i intuicyjną – interpretację przeznaczenia danych pomieszczeń, miejsc opartą na własnym doświadczeniu, wspomnieniach pracowników oraz zdjęciach archiwalnych. Sytuacja jest o tyle trudna, że często brakuje rzetelnego i pewnego źródła, u którego można byłoby zaczerpnąć odpowiednich informacji. Nie ma co się dziwić, że większość pracowników, oddanych, przykładowo, działowi przędzalni, nie pamięta nic, poza przędzalnią i bezpośrednią bliskością tego miejsca. Wielu innych ludzi, mających pewną styczność w przeszłości z ZPW, po prostu nie zapamiętało więcej, niż „obskurne ściany, ponure wnętrze i starte schody”. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że z naturalnych względów, podrzędni pracownicy nie spacerowali po wieżach, piwnicach, biurach czy pomieszczeniach wynajmowanym innym podmiotom. Przy opisywaniu przeznaczenia każdego zakamarka tak potężnej fabryki, wypada nieraz – niemal dosłownie – zasięgać rady u wróżki i zerkać w kryształową kulę, która jest – jak mniemam – nieomylna i sprawna.

Obrazek
Spacer zaczynamy od bulwarów. Idąc ścieżką wzdłuż rzeki już z dala w oczy rzuca się komin dawnej ciepłowni „Pamotex-u”. Do 2012 roku wciąż pełnił ważną funkcję – na jego szczycie zamontowano nadajniki telefonii komórkowej, niżej zaś – radia „Złote Przeboje”. Stan ten uległ zmianie w 2013 roku, kiedy komin został wyburzony. Od 2006 roku odwlekało się w czasie datę ostatecznej likwidacji budowli, co wymuszone było brakiem zastępczego masztu, na którym można zawiesić nadajniki.
Obrazek
Komin górował nad kompleksem fabrycznym, przypominając, że wszystko stanowiło niegdyś integralną całość. Po prawo widnieje fragment „Pawelany”. Jest to część przyległa do ulicy Grobelnej. Spoza obrysu fabryki wystaje wieża, mieszcząca maszynownię windy. Jest to druga, okazalsza budowla. Na samym dole zdjęcia widać koryto rzeki Dobrzynki, które na dalszym odcinku wślizguje się pomiędzy zakładowe zabudowania. Wszystko to tworzy „Pabianicką Wenecję” – znak rozpoznawczy miasta spod trzech koron. Po lewo, za krzakami, mieści się staw wędkarski, służący dawniej jako źródło wody w przypadku pojawienia się ognia w którejś z placówek PZPB. Ostatni raz użyto go w tym celu w 2005 roku, gdy płonęły opuszczone hale przy dawnej ciepłowni PZPB.
Obrazek
Dochodząc do murów fabryki, warto zwrócić uwagę na kilka szczegółów. Zarówno na jej terenie, jak i wokół, znajduje się oświetlenie zasilane przez ZPW. Są to stare lampy uliczne, w których do dzisiaj tkwią, wycofane już dawno z użycia, żarówki rtęciowe. Dostępu do żarówek broni metalowa siatka. Jak nietrudno się domyślić, oświetlenie nie działało od wielu lat. Latarnie znajdowały się: przy moście na Grobelnej (jedna sztuka), na skrzyżowaniu z Lipową (jedna), na Lipowej (trzy sztuki). Co ciekawe, są to dokładnie te same lampy, które oglądaliśmy na klatkach filmu „Ziemia Obiecana”.
Obrazek
Brama wjazdowa, wybiegająca na ulicę Grobelną, była chyba rzadziej użytkowana, niż ta przy Lipowej. Nie pamiętam, by kiedykolwiek ktoś nią wchodził lub wychodził. Nie widziałem także samochodów, które ginęłyby w jej czeluściach. Nad wjazdem znajduje się zardzewiały znak „uwaga samochód”, uprzedzający pieszych o potencjalnym niebezpieczeństwie. Kawałek dalej tkwi rura, w której umieszczało się okazyjnie flagę państwową. Przy wjeździe jest też mała wnęka, gdzie mieścił się przycisk dzwonka. Brama została zamurowana w 2007 roku.
Obrazek
Fotografia autorstwa kol. Szymona Klemby, wykonana – według autora - zimą 2005 roku, chociaż mam ku temu wątpliwości, gdyż po pożarze w sierpniu 2004 roku fragment drugiego piętra, widoczny na fotografii, zamienił się w osmoloną i wypaloną ruinę, pozbawioną szyb w oknach. Ujęcie obrazuje całą magię niepowtarzalnych, fabrycznych dzielnic Pabianic. Ulica Lipowa, przy której nie ma żadnej lipy! Mało kto wie, że wybiega ona także na drugą stronę ulicy Zamkowej – do Parku Słowackiego. Tamta część drogi niemal zupełnie zanikła. Na zdjęciu widać, jak bardzo zmieniał się stan „Pawelany” przez kilka lat poprodukcyjnych.
Obrazek
Idąc dalej, można wyobrazić sobie, jak ulica Lipowa wyglądała jeszcze piętnaście lat temu. Z rur biegnących ponad jezdnią buchała i syczała para. Po lewo, za szybkami okien, w rumorze pracujących maszyn uwijali się pracownicy. Przez żelazną bramę co jakiś czas ktoś wszedł lub wyszedł. A pod 2004 roku? Okna zabite, zamurowane. Wewnątrz hal pustki. Para nie płynie rurami, bo nie ma skąd i dokąd; część rur strącono. Nie ma wielkiego rurociągu, który przebiegał prawą stroną ulicy, tuż obok nieistniejących już budynków, widocznych na zdjęciu.
Obrazek
Wjazd główny, sfotografowany przez dziurę w żelaznej bramie. Kiedyś na dole znajdowała się waga. Po lewo i prawo, w cieniu, mieszczą się wejścia do poszczególnych części fabryki. W lewo – przejście do pomieszczeń elektrycznych i klatki schodowej. W prawo – do hal produkcyjnych. Wnęka na wprost wylotu bramy, to dawny garaż – tam trzymano samochód firmowy (Daewoo Lublin). Wielu ciekawskich zagląda przez tę bramę do wnętrza opuszczonego zakładu. „Pawelana” intryguje i odstrasza.
Obrazek
Wylot ulicy Lipowej w Zamkową. Tam wciąż toczy się życie. Trochę dziwny kontrast na tle sennej, mrocznej uliczki spowitej murami fabrycznymi. Po prawej stronie widać wejście do redakcji „Gazety Powiatowej”. Na stopniach wciąż lśnią ładne, ozdobne płytki. Kilka metrów bliżej, poza kadrem, mieszczą się drugie drzwi, wiodące do rozdzielni prądu. Okna na pierwszym piętrze należą do biur firmy. Na drugim piętrze jest sala konferencyjna. Na trzecim urocze, przytulne pomieszczenia. Wszystkie te miejsca odwiedzimy w naszym wirtualnym spacerze.
Obrazek
Wychodząc na główną ulice miasta, warto było zwrócić uwagę na liczne szczegóły, świadczące o przeszłości tego miejsca. Główne drzwi oraz okna zamurowano, otynkowano i pomalowano. Resztę budynku oklejono banerem reklamującym „Centrum Fabryka”. Pomimo tego, doskonale widać, gdzie mieściło się wejście główne, a gdzie był sklep firmowy. Nad dawnymi drzwiami wciąż wisi lampa, nieco dalej tkwi sygnalizator alarmu. Przy zlikwidowanej futrynie znajduje się świetlik z numerem lokalu – Zamkowa 2. Pod nim do końca 2008 roku wisiała tablica firmowa (Zakład Przemysłu Wełnianego Pawelana oferuje…). Niestety, tablicę ktoś skradł lub bezmyślnie zniszczył. Mam cichą nadzieję, że została zachowana przez jakiegoś „kolekcjonera”. Stojąc przy budynku frontowym, warto zwrócić uwagę na ciekawe odciągi sieci tramwajowej oraz ozdobne gzymsy. Na szczycie znajduje się data budowy obiektu. Spostrzegawczy dostrzegą antenę telewizyjną skrytą po dziś dzień na dachu.
Obrazek
Zdjęcie przedstawia budynek administracyjny „Pawelany” tuż po likwidacji zakładu. Widać na nim dwie pary głównych drzwi, które wciąż pozostawały otwarte. Cóż z tego, że okna zakryto deskami, skoro każdy mógł wejść głównym wejściem i wynieść co tylko chciał? W tamtych dniach nietrudno było dojrzeć sylwetkę człowieka w którymś z okien fabryki. Po prawo ulica Lipowa, w szczelinie po lewo – rzeka Dobrzynka.
Obrazek
Drugie zdjęcie kol. Szymona, tym razem wykonane w 2001 roku. Widzimy tutaj „Pabianicką Wenecję”. Być może w momencie wykonania tej fotografii w ZPW panowało gorące napięcie, wynikłe ze zwiększającego się zadłużenia firmy i widma likwidacji fabryki, lecz z pewnością nikomu wówczas nie przeszło przez głowę to, co miało się stać w ciągu najbliższych dwóch, trzech lat… Jest to zarazem jedno z bardzo nielicznych zdjęć, które ukazują „Pawelanę” w ostatnim okresie funkcjonowania. Te czyste, nie wybite i nie zabite dyktami okna, wyglądają aż nienaturalnie.

Obrazek

ZPW „Pawelana” – piwnice i dziedziniec

Mijamy liczne dziury w nierównym chodniku ulicy Lipowej. Zostawiamy za sobą chaos, który panuje na głównej ulicy miasta. Zmierzamy ku bramie „Pawelany”. Już przeszło pięć lat nikt nie szedł tędy wczesnym rankiem, by udać się na stanowisko pracy. My to zmienimy. Idziemy tam odbyć ciężką misję, ku chwale historii…
Obrazek
Kulisy miejsca, które od zawsze przyciągało oczy ciekawskich przechodniów. Znajdujemy się za ciężką, metalową bramą, broniącą dostępu do obiektów ZPW. Pierwsze wrażenie nie jest pozytywne – za wejściem walają się kilogramy gruzu, z zawilgoconych ścian odchodzi farba, miejscami widać goły mur. Jak się jednak okaże, nie wszystkie uszkodzenia są następstwem działania wandalizmu i czynników atmosferycznych. Nie ulega wątpliwości, że część powierzchni fabryki już od dłuższego czasu pozostawała nieeksploatowana. Początkowo zignorujemy drzwi widoczne na zdjęciu. Udajemy się w prawo, ku wylotowi bramy, prosto na plac fabryczny.

Obrazek
Po wyjściu z bramy, widocznej w tle po lewej stronie, naszym oczom ukazuje się imponujący ogrom zakładu. Wszędobylskie instalacje, wywietrzniki i rury okolone są typową, fabryczną zabudową. Wszystko owiane jest dziwnym, ponurym i nieco tajemniczym klimatem. Prezentowane zdjęcie wydaje się przekoloryzowane. W rzeczywistości plac wyglądał dużo smutniej.
Odnoszę wrażenie, że gdyby zapytać ludzi, będących kiedykolwiek w tym zakładzie – czy to za czasów produkcji, czy już po – o to, który element fabryki jest najbardziej charakterystyczny – to część z pewnością powiedziałaby, że wyjątkowe są drewniane kładki, łączące dwa równoległe skrzydła. Industrialnego nastroju dodawały też rury oraz „okap” zwisający nad częścią placu (wyglądający, jakby z każdą chwilą mógł spaść). Niestety – wszystkie te elementy przeszły już do historii.

Obrazek
Prawa strona – zakończenie skrzydła socjalno-technicznego. Wiszące, drewniane łączniki, widoczne w tle po lewo, wbiegają do pozostałości starej wieży. Z tej perspektywy dość dobrze widać dobudowany fragment muru (zaznaczony prostokątem) pomiędzy pierwotną pozycją podstawy wieży a powstałym po jej likwidacji mostkiem. Pomieszczenie w centrum kadru mieściło (na piętrze) warsztat elektryczny, do którego dało się wejść po zewnętrznych schodach (skrytymi za widoczną białą blachą), biegnących z poziomu drewnianej kładki. Ponadto, zapewne ze względów na utrudnioną ewakuację z tego miejsca w przypadku pożaru, do warsztatu doprowadzono zewnętrzną drabinkę. Dwie murowane, niewiadomego przeznaczenia przybudówki, wyposażono w kominy. Za nimi zlokalizowano skład, gdzie być może trzymano węgiel i drewno opałowe. Czyżby pomieszczenia mieściły kotłownię?

Obrazek
Zbliżenie na narożnik fragmentu budynku. Uwagę zwraca ślimakowaty pręt, stanowiący niegdyś ramię latarni. Przebiegająca tuż pod nim rura musiała zostać dobudowana już po likwidacji lampy. Być może zdjęto ją właśnie w momencie montażu rurociągu. Latarnie tego typu montowano bardzo dawno – niewykluczone, że wysięgnik pochodzi sprzed wojny.
Niegdyś przyjmowano dużą miarę do zdobnictwa drobnych elementów. W ciemnych zakamarkach zakładu można dostrzec sporo „smaczków” tego typu.

Obrazek
Widok w drugą stronę placu jest mniej imponujący. Straszą częściowo powybijane okna, zniszczone rynny, wyrwane instalacje i uszkodzony mur. Potężna wyrwa w ścianie, ciągnąca się wzdłuż linii okiennej przez wszystkie poziomy budowli, jest śladem po wybuchu butli podczas pożaru w 2004 roku.
Nie dajmy się jednak oszukać. Eksplozja rozerwała tylko kawałek ściany w bezpośredniej bliskości skrajnego okna spalonej hali. Fotografia prasowa, zamieszczona przy notatce o pożarze, wyraźnie ukazuje, że w dniu wypadku otwór był mniejszy i obejmował wyłącznie górny poziom fabryki. Reszta dziury powstała już po pożarze, jako zsyp ułatwiający wywóz większych elementów złomu. Ten niszczycielski patent zastosowano w kilku miejscach, gdzie zdemontowano mur od parapetu po podłogę.

Obrazek
Wejście do ciekawej hali, którą dobudowano w latach powojennych. Cel budowy tego budynku wciąż pozostaje nieznany. Istnieją wyłącznie domysły – maszynownia? Siłownia? Transformatornia? A może suszarnia? Magazyn? Uwagę zwraca dziwaczna architektura oraz przybudówka z białej cegły – wygląda na to, że została dobudowana już po powstaniu żółtej hali. Czerwony punkt obok drzwi wejściowych to pozostałości sygnalizatora ogniowego „Telkom”.
Co ciekawe, drzwi z widocznego w tle wejścia były wyjęte już w 2004 roku. Sądząc po masywnych zawiasach, były wykonane z metalu; a co za tym idzie – były ciężkie i łatwe do wywiezienia na skup złomu, co tłumaczy szybkie ich zniknięcie. Drugie, drewniane drzwi z prawej strony wyjęto w tym samym roku. Rzucone pod halę przeleżały tam jeszcze jakiś czas nim zostały wywiezione. Brakująca rama okienna musiała zostać skradziona w późniejszym czasie.
Co najmniej do końca 2004 roku nad wejściem do pomieszczenia wisiała latarnia.

Obrazek
Przepisy BHP w miejscu pracy to podstawa. Nic dziwnego, że w „Pawelanie” było mnóstwo tablic informujących o tym jak postępować w razie wypadku czy przypominających o podstawowych środkach ostrożności przy wykonywaniu czynności zawodowych. Zdarzało się też, że napisy na tabliczkach przybierały treść propagandową. Jak nietrudno się domyślić, co ciekawsze okazy zostały zabezpieczone przez kolekcjonerów. Nietknięte zostały wszelkie informacje przeciwpożarowe. One także zasługują na szczególną uwagę. Niektóre tablice zastane w fabryce wykonano… siłami własnymi, farbą plakatową na kawałku kartonu (!) poprzez przygotowany uprzednio szablon. Zdarzyła się też tablica malowana odręcznie. Tablice te, na pierwszy rzut oka nie wyglądają atrakcyjnie, niemniej moim zdaniem posiadają dużo większą wartość, niż te, produkowane seryjnie w latach PRL-u. Na dobudowanej hali znajduje się szczególnie dużo informacji p-poż. Dowiadujemy się z nich, że na jej terenie nie można było palić papierosów (dodatkowo domalowano potężny zakaz). Widnieje tutaj również informacja, że w okolicy znajdował się hydrant i syrena alarmowa.

Obrazek
To zdjęcie ukazuje drogę o trylinkowej nawierzchni, biegnącą wzdłuż powyższej hali. Ścieżka nie jest zbyt długa – prowadzi do bramy przy ulicy Grobelnej. W tle, po lewo, drewniane komórki. Warto zaznaczyć, że na wysokości widocznych w tle drzwi znajduje się kanał do przeglądu pojazdów. W końcowym okresie produkcji na stanie ZPW był opisywany już prędzej samochód marki Daewoo; ponadto fabryka eksploatowała przynajmniej jednego, elektrycznego „Meleksa” – był to typowy, polski wózek akumulatorowy w wersji bez zadaszonej kabiny kierowcy. Pojazd nosił na sobie wyraźne ślady użytkowania. Był w kolorze brązowym. Poza tymi, samojezdnymi środkami trwałymi, w „Pawelanie” było sporo wózków napędzanych siłą ludzką. Można się domyślać, że dawniej znajdował się tutaj też wózek widłowy i jakaś większa ciężarówka do transportu – zapewne Star 200 lub Jelcz serii 315/325.

Obrazek
Brama przy ulicy Grobelnej. Wjazd przebiega pod „skrzydłem” chemicznym. Metalowe wrota są niemal identyczne jat te przy ulicy Lipowej. W bramie mieści się mała, pozbawiona zamka furtka. Jak widać, nawet klamka znalazła swojego amatora. Pod powierzchnią ziemi znajduje się jakiś kanał – metalowy właz, który go zakrywał – zniknął. Żeliwne pokrywy mają swoją wagę, nic dziwnego, że zostały spieniężone. Gdyby otworzyć furtkę – trafiłoby się na białą, pustakową ścianę. Wjazd ten zamurowano dla bezpieczeństwa w 2007 roku.

Obrazek
Drewniane drzwi po prawej stronie (w bramie). Wrota te stwarzają możliwość wejścia w głąb zakładu – prosto do klatki schodowej, biura i hal barwiarnii. Numeryczne oznaczenie drzwi nie jest częstym widokiem w tym zakładzie. Z pewnością niegdyś było tego więcej. Odwlekamy pokusę zajrzenia do barwiarnii i wracamy na główny plac.

Obrazek
Idąc po trylince wzdłuż płotu, łatwo dostrzec, że tuż za nim płynie rzeka. Zbocze Dobrzynki do końca lat 90. przylegało bezpośrednio do murów fabryk. Później uregulowano koryto, zawężając szerokość rzeki poprzez utworzenie sztucznego, betonowego brzegu. Dzięki temu zabiegowi prąd Dobrzynki nie podmywa bezpośrednio cegieł. Swoją drogą, ciekawe jak ta stuletnia bliskość wody wpływa na fundamenty. Wizualnie nie wyrządza ona żadnych szkód.

Obrazek
Wróciliśmy na wąski, ciasny plac. Jego dalszą część przykrywa wiszący daszek. Po lewo straszą kawałki rozbitego muru – jest to podstawa wyrwy zakończonej na drugim piętrze. Ten fragment ściany jest wyjątkowo zniszczony. Leżące na ziemi cegły posiadają typowe znamiona świadczące o użyciu ciężkich narzędzi , którymi rozkuwano mur. U krawędzi zdjęcia widać wejście do małego pomieszczenia.

Obrazek
W pomieszczeniu mieści się pozostałość pompy Mather&Platt. Okrągłe ujścia stanowiły ciąg rur – widoczne są otwory na śruby mocujące. Dziury w ścianach są pamiątką po wodzie tędy przepływającej. Szereg mniejszych otworów służył do rozprowadzenia wody po całym budynku. Zaskakujące, że tak solidna, żeliwna konstrukcja, wciąż stoi na swoim miejscu, podczas gdy całe orurowanie zniknęło. Czyżby przedmiot był zbyt ciężki, lub zbyt dobrze przytwierdzony do podłoża, że żaden złodziej nie pokusił się na taki kąsek? Na bok przyrządu naniesiono nazwę producenta – Mather&Platt TM Manchester. Fabryka ta produkowała pompy od 1885 roku.

Obrazek
Na ścianach niszy, poza wspomnianymi śladami orurowania, tkwi kompletne oświetlenie. Jest to o tyle miłe, że w zdecydowanej większości lampy tłuczono, demontowano lub – jeżeli zostały – wyrwano miedziane kable. Znane mi są miejsca, gdzie dla cennej miedzi wyrwano nawet kable skryte pod tynkiem! Przez ten proceder zniszczono kilka pomieszczeń, głównie w części biurowej.

Obrazek
Kierujemy się w głąb fabryki. Stając pomiędzy budynkami nie można nie spojrzeć w górę. Wysoko, na poziomie pierwszego i drugiego piętra przebiegają drewniane kładki, o których niejednokrotnie już wspominałem. Część z nich wygląda niezbyt pewnie. Łącznie w „Pawelanie” znajdują się trzy przejścia naziemne – w tym jedno piętrowe. Styl, w jakim je wykonano zdradza, że nie powstały jednocześnie. Pod drugim, piętrowym łącznikiem, widać pozostałości suwnicy – do wiosny 2005 roku znajdował się tam suwany dźwig, chowany w wiszącej „klatce”, zlokalizowanej po lewej stronie. Suwnica ułatwiała prace załadunkowe na placu – w pobliżu znajduje się wiszące zadaszenie, podnoszące komfort pracy i bezpieczeństwo ładunków. Suwnicę zasilał standardowy silnik elektryczny zintegrowany z prostym mechanizmem naciągowym. Motor, hak, łańcuchy i inne elementy urządzenia zdemontowano wiele lat temu. Pozostała szyna i „garaż” dźwigu.

Obrazek
Widok na efektowne miejsce, gdzie stykają się wszystkie części fabryki. Po lewo – skrzydło produkcyjne, po prawo – socjalno-techniczne. Na wprost – tyły biurowca. Od góry – fragment jednej z kładek. Dobrze widać typowy kształt okiennic na parterze – niegdyś mieściły się w nich okazałe, wieloramienne okna. Niestety, większość nie przetrwała ciężkiego okresu po likwidacji zakładu. Zejście, które widać po lewej stronie prowadzi do piwnicy. Kawałek dalej mieści się słabo widoczne, łukowe wejście do zakładu. Na wprost zlokalizowano następne, klasyczne (prostokątne) wejście do biurowca. Obok schody do piwnicy. W 2003-2004 roku miejsce to wyglądało zdecydowanie lepiej – z murów nie odpadały tynki, nigdzie na poziomie parteru nie było widać gołych cegieł. Wszystkie okna były kompletne. Niestety widoczne zniszczenia poczynili ludzie demontujący wyposażenie „Pawelany”. Część procesu przebiegała legalnie, część – to zwykłe kradzieże. Już w 2004 brutalnie wyrwano z muru część krat okiennych. Tamte działania przyniosły wiele trwałych ran na ścianach fabryki. Prostokątne rusztowanie, widoczne po prawej stronie u dołu zdjęcia, stanowiło podporę dla sporego, rurowego komina, zakończonego spadzistym daszkiem. Komin był izolowany pianką, co oznacza, że uwalniano nim gorącą parę „przepracowaną”.

Obrazek
Jedno z zejść do piwnic. Wejście jest niskie, łukowe. Z środka płynie przyjemny chłód i – nieco mniej przyjemny – zapach. Piwnica od dawna jest zalana. Po bokach schodów znajdują się specyficzne, nadwyrężone „poręcze”. Od czasu do czasu, podczas ulewnych deszczy, strażacy wypompowują nadmiar wody z podziemnych pomieszczeń.

Obrazek
Wnętrze piwnicy. W momencie wykonania zdjęcia wewnątrz był metr wody. Ściany piwnicy pomalowano na biało a sklepienie ma „falowaną” formę – taką, jak większość pomieszczeń ZPW. W tle, na wprost, jakieś przejście, dalej – po prawo – drzwi. Patrząc na układ pomieszczeń względem zsypów i świetlików piwnicznych, wybiegających od strony ulicy Lipowej, można sądzić, że przejście prowadzi w ich kierunku. W podłodze mieściły się płytkie kanały. Niestety nie udało się zbadać absolutnie niczego ponad to, co widać na zdjęciu.

Obrazek
Drugie, płytsze zejście, zlokalizowane w budynku biurowym. Nie wiem czy obie piwnice były ze sobą połączone. Przejście przez te drzwi utrudniała nie tylko woda ale i gruz, który zalegał w zejściu. Piwnica wyglądała na płytszą niż ta, opisana prędzej. W 2002 roku w tym miejscu nie było ani kawałka gołej cegły. Tynk był ładny, zadbany, nie porośnięty mchem. Nic nie było zalane. Być może to właśnie poziom wody przyczynił się do zniszczeń widocznych na zdjęciu. Mam jednak wątpliwości, czy podłużną, głęboką rysę po prawej stronie, wyrządziła przyroda. Z pewnością jest to ślad po wyrwanej instalacji elektrycznej. Spróbujmy zajrzeć do wnętrza podziemi.

Obrazek
Woda wypełnia przestrzeń niemal po sufit. Przeszkadza to w dokładnym rozejrzeniu się po małym pomieszczeniu. W oczy od razu rzuca się duża ilość rur. Zachowały się też resztki oświetlenia. W zasięgu wzroku nie widać żadnych drzwi ani przejść. Łukowe sklepienie nadaje specyficznego klimatu. Piwnica, znajdująca się w najłatwiej dostępnym miejscu, skryta pod ziemią, powinna być łatwym łupem dla złodziei, tym bardziej, że nie zawsze była zalana. A jednak – ciemności i woda skutecznie odstraszyły amatorów złomu, dzięki czemu wiele wyposażenia ostało się do 2009 roku.

Obrazek
Ilekroć rozejrzeć się po szczycie fabryki, można odnieść wrażenie, że budowano ją „na raty”. Spójrzmy na różnicę w miejscu, gdzie łączą się skrzydła biurowe z produkcyjnym. Lewą część zbudowano z cegły o nieco innym profilu, ponadto inna jest linia okien, jak i sam ich kształt. Mało rzec, że w całej „Pawelanie” takich niezgodnych miejsc jest kilka. Nie ma jednak żadnych źródeł, mogących wskazać dokładny czas, gdy dobudowano czy też przebudowano daną część. Zupełną ciekawostką jest widoczna na zdjęciu tablica BHP, wisząca za rynną (!) na wysokości drugiego piętra. Głosi ona o zakazie palenia. Tylko czemu zawieszono ją na szczycie budynku, w dodatku w niewidocznym miejscu? Po lewo widać fragment łącznika. Przypuszczam, że pracownicy mieli tendencję do palenia papierosów w tych przewiewnych, drewnianych kładkach. Zważywszy, że każda z kładek posiada okno a tabliczka jest na jego poziomie – być może miało to dawniej przypominać palaczom o potencjalnym zagrożeniu ogniowym. Tablica zardzewiała, więc wisi już dziesiątki lat. Zakrywająca ją rynna na starą nie wygląda (obok przebiega inna – już zniszczona). Mogło też być tak, że tablicę przybito w miejscu, gdzie po prostu powstała jakaś dziura w murze.

Obrazek
Zbliżenie na fragment opisywanej wcześniej suwnicy. Prowadnica dźwigu została zamocowana pomiędzy dwoma budynkami. Nie widać śladów nadwyrężania muru w miejscach, skąd wybiega. Wielka szkoda, że nie udało się zachować tego technologicznie ciekawego, zakładowego patentu. Stratę tą rekomendują w pewnym zakresie nieliczne fotografie z okresu funkcjonowania ZPW, gdy szyna suwnicy ociekała świeżym smarem…

Obrazek
Fragment drugiej, nieco mniejszej konstrukcji. Widoczny element – pozostałość kołowrotka z kołem zębatym, oraz specyficzne, stopniowane ślady rdzy ze wszystkich stron szyny w miejscu, gdzie teoretycznie suw powinien najczęściej się poruszać, mogą podpowiadać, do czego służył przyrząd, niegdyś zabudowany w tym miejscu.

Obrazek
Z wolna powracamy do bramy przy ulicy Grobelnej. Po drodze warto przyjrzeć się dokładniej piętrowej kładce – sprawia wrażenie budowli prowizorycznej. Widoczne nieznaczne uszkodzenia wynikłe z pożaru w 2004 roku. Biała nadbudówka po prawej stronie skrywa schody wiodące do warsztatu elektrycznego. „Pawelana” zaskakuje nietypowymi rozwiązaniami.

Obrazek
Tabliczka przestrzegająca przed zabawą hydronetką. Znalazłem ją w pobliżu bramy. Jedną z ciekawszych tablic była ta nawołująca do poszerzania wiedzy w zakresie BHP – „poszerzając własną wiedzę przepisów Bezpieczeństwa, Higieny Pracy – przyczyniasz się do zwiększenia produktywności zakładu”. Wielka szkoda, że dzisiaj już nikt nie robi takich rzeczy. Rolę starych, szablonowych „straszaków”, malowanych na kawałku wypukłej blachy, wyparły bezimienne świstki fosforującego plastiku…

Obrazek
Wspominałem jakiś czas temu, że w ZPW jest wiele „smaczków” – oto jeden z nich – wolno wisząca latarnia starego typu, zawieszona na jednej ze ścian fabryki. Mieści się nad bramą (Grobelna) – musiała doświetlać wjazd. Wygląda na to, że latarnia ta pierwotnie wisiała w innym miejscu, po czym ją przeniesiono i umieszczono na starym haku. Obiekt ten zdecydowanie nie pasuje – ani do miejsca, w którym wisi, ani do reszty latarni, które znajdują się na terenie ZPW „Pawelana”.
Docieramy do wnęki bramowej – przede mną drzwi z numerkiem „12”. Za nimi kryje się wnętrze fabryki…


Obrazek

ZPW “Pawelana” – parter

Ostrożnie przekraczamy drzwi w bramie. Już na stopniach czuć specyficzny zapach pracujących maszyn, zużytego oleju i barwników. Cechą charakterystyczną tej części zakładu są absolutne ciemności, niesamowity bałagan oraz liczne, odkryte kanały. Trzeba niezwykle uważać!

Obrazek
Zaraz za drzwiami, którymi dostaliśmy się do wnętrza budynku, mieszczą się schody, wiodące na wyższe poziomy. Pod schodami mieści się charakterystyczna komórka, w której trzymano przeróżne przedmioty. Stan tego małego pomieszczenia jest raczej ledwo co zadowalający. Niesamowita wilgoć i ślady jakiś nieokreślonych substancji, goły mur oraz zardzewiałe rury i nieprzyjemny zapach – lepiej nie spędzać tutaj więcej, jak kilka chwil. Dalej będzie już tylko gorzej…

Obrazek
Klatka schodowa, dzięki pobliskiemu wejściu, jest w miarę dobrze oświetlona. Mijamy ją i kierujemy się ciemnym korytarzem na wprost. Zamurowane okna sprawiają, że w tą część zakładu najlepiej nie zapuszczać się wcale. Ciężkie warunki uniemożliwiają wykonywanie dobrych, poglądowych zdjęć. Już tutaj widać część bałaganu, jaki zalega na podłodze. Na domiar złego – roi się tutaj od odkrytych kanałów odwadniających oraz beczek z hipolem i innymi chemikaliami. W powietrzu unosi się niepowtarzalny, niezwykle specyficzny zapach – ten sam, który wydobywał się przez ubytki w oknach za czasów produkcji. To właśnie do tych pomieszczeń zaglądałem niegdyś przez zabrudzone szybki. To tutaj wykonywano „brudną” robotę, polegającą na farbowaniu tkaniny. Na wprost znajduje się spora hala, po lewo zaś biuro, gdzie zalegało mnóstwo receptur barwiarskich. Ostrożnie posuwamy się naprzód…

Obrazek
Sala barwiarska zagina się w kształcie litery L, przechodząc ze skrzydła chemicznego do produkcyjnego. Na końcu zaciemnionej hali znajduje się jasny punkt – klatka schodowa. Mocno wytarte stopnie zdradzają, że ten ciąg komunikacyjny musiał być bardzo ważny. Nic dziwnego – znajduje się w centrum zabudowy, łącząc najważniejsze punkty procesu produkcyjnego: farbiarnię, laboratorium, magazyn chemiczny, hale produkcyjne. Wyłamane końcówki stopni i zniszczony mur mogą być pamiątką po demontażu maszyn z wyższych poziomów fabryki. Pod schodami znajduje się schowek – wejście do niego jest widoczne po prawej stronie.

Obrazek
Mijając klatkę schodową skręcamy w prawo – do miejsca, skąd dopływa światło. Docieramy do drzwi widocznych na zdjęciu. Prowadzą one do hali niewiadomego przeznaczenia, tej samej, którą opisywałem przy okazji zwiedzania dziedzińca zakładu. Nieopodal przejścia znajduje się drugie, zaadaptowane na półkę. Obok mieści się czerwony sygnalizator pożarowy. Bardzo wiele elementów jest prowizorycznych i zagadkowych. Rozejrzyjmy się.

Obrazek
Wewnątrz hali znajdują się dwie rampy. Dostrzec można, że posadzkę między nimi stanowiły żeliwne płyty. W 2004 roku już ich nie było – zostały wyrwane. Wówczas pozostawały już jedynie resztki pokryw kanału biegnącego pomiędzy rampami. Uwagę zwraca filar pomalowany w ostrzegawcze barwy. Na innych wspornikach nie ma żółto-czarnej farby. Podpowiada to, że w tym miejscu musiał przebiegać szlak komunikacyjny. W tle, po lewo, jest małe pomieszczenie – schowek lub biuro. Obok wisi sygnalizator ogniowy.

Obrazek
Wnętrze kanału; jest on przecięty przez szereg innych, mniejszych kanalików. Prawdopodobnie system ten służył przy odwadnianiu i oczyszczaniu pomieszczenia z niepowołanych substancji. Z tej perspektywy widać także, że obie rampy różnią się profilem krawędzi. Na żadnej z nich nie ma jednak śladów mocowań jakichkolwiek urządzeń. Zagłębienia w betonie zdradzają miejsca, gdzie leżały żeliwne płyty.

Obrazek
Zdjęcie przedstawia powierzchnię rampy. Jak widać – tutaj także znajduje się kanał. Budowla jest idealnie równa. Na krawędziach znajdują się metalowe szyny. Przy ścianie widocznej w tle z pewnością stały jakieś przyrządy – świadczą o tym widoczne odciski na murze. Szczególną uwagę zwracam na sposób, w jaki zawieszono dach. Dwa główne filary zdecydowanie nie pasują do reszty budowli, co dobitnie wskazują ich wierzchołki. Sam dach jest z kolei niespotykanie połamany i wygięty w kilka stron. Mało tego – część jest metalowa a część drewniana! Z jednej strony dach wspierają filary o różnych przekrojach. Z drugiej – metalowe wsporniki „wiszące” w powietrzu. Na dodatek nad tym wszystkim króluje… półkolista kopuła! Dodam też, że przynajmniej jeden filar wyraźnie odbiega od pionu. Wszystko to wygląda tak, jakby pomieszczenie zbudowano pospiesznie z przypadkowych materiałów. Nie jest to ani estetycznie, ani pewne

Obrazek
Jeden z kątów pomieszczenia. Widzimy tutaj fundamenty i resztki instalacji jakiegoś dużego urządzenia. Odcisk na ścianie wykazuje, że było kwadratowe i przylegało do krawędzi budynku. W okolicy znalazłem dużo więcej takich śladów. O ile na prezentowanych powyżej rampach nie ma śladu po mocowaniach urządzeń, tutaj są one dobrze dostrzegalne. Podłoże w tej części pomieszczenia stanowi asfaltowa wylewka. (Wygięty jak łuk filar pozostawiam bez komentarza).

Obrazek
W górnej części hali znajduje się mnóstwo otworów wentylacyjnych. Można się spodziewać, że nie bez powodu je tam zainstalowano. Przeznaczenie tej hali pozostaje zagadką. Liczne spekulacje nie zastąpią pewnej informacji o funkcji tego obiektu. Prawdopodobnie wewnątrz znajdowała się bliżej nieokreślona maszyneria.

Obrazek
Ściana między halą a resztą zakładu niesie za sobą kolejne zagadki. Pełno na niej haków, uchwytów i resztek instalacji. Znajdują się tu także kawałki płytek i liczne przebarwienia farby, świadczące, że w danych punktach coś przylegało do ściany. Niewykluczone, że w chwili likwidacji „Pawelany” pomieszczenie to nie spełniało już swojej funkcji. Miniaturka po lewej stronie prezentuje sposób, w jaki podtrzymano dach w dalszej części hali. Na posadzce zalega mnóstwo smarów pochodzących zapewne z maszyn, które tutaj się znajdowały. Czym były? Transformatorami? Generatorami? Wymiennikami cieplnymi?

Obrazek
Halę oświetlały lampy jarzeniowe. Jarzeniówki do dziś królują w fabrykach, urzędach, szkołach. Na zdjęciu widać, że część dachu podpierana przez metalowe kraty jest drewniana. Wsporniki zapewne stanowiły stelaż dla oświetlenia, kabli oraz rur.

Obrazek
Wielokrotnie wspominałem o sygnalizatorach ogniowych. Są to stare, polskie impulsatory „Telkom”. Firma ta znana jest do dzisiaj jako producent domofonów. W hali i jej pobliżu znajdowały się przynajmniej cztery takie urządzenia. Niestety większość z nich zniszczono. Przyrządy te posiadały fabryczną możliwość podświetlenia napisu na górze („sygnalizator pożaru”). Z reguły jednak nie stosowano takiego rozwiązania. Wszystkie „Telkomy” w „Pawelanie” zostały pozbawione funkcji „świecenia”. Lampka po prawej stronie zapalała się na czerwono w momencie, gdy naciśnięto przycisk alarmowy. Co ciekawe – przycisk był względnie jednorazowy. Po naciśnięciu trzeba rozkręcić cały mechanizm, by „wybić” włącznik. Wszystkie „Telkomy” napotkane w ZPW pochodzą z 1972 roku. Być może jest to wskazówka, podpowiadająca kiedy zbudowano halę. Nie udało mi się ustalić, gdzie znajdowała się centrala systemu przeciwpożarowego. Nigdy też nie widziałem syreny alarmowej na terenie ZPW. Mury fabryki pokrywały wyłącznie zabytkowe gongi, wzbudzane przez specjalny kołowrotek po drugiej stronie muru. Tablice BHP/p.poż wskazują jednak, że syrena w „Pawelanie” istniała – i to nie jedna. Być może były to stacjonarne syreny ręczne?

Obrazek
Wracamy do wnętrza fabryki, w miejsce, gdzie skręciliśmy w stronę dobudowanej hali. Uwagę zwraca zerwana z mocowań kabina windy. Metalowe drzwi broniące szybu zniknęły już dawno. Kabina dźwigu osobowo-towarowego zachowała się całkiem dobrze. Została zrzucona na dno szybu podczas demontażu maszynowni (zlokalizowanej cztery poziomy wyżej, w wieżyczce). Na kabinie wiją się resztki lin i mocowań. Prowadnice wagonika są nasmarowane. Wewnątrz znajduje się sterownik – rzadka już konsola czteropoziomowego dźwigu osobowo-towarowego. W wagoniku nie ma oświetlenia. Lampy zamontowano w szybie – z tego powodu kabina jest częściowo przejrzysta – typowy przykład wewnętrznego dźwigu fabrycznego.

Obrazek
Hala przędzalni, przy której znajduje się winda, jest wyjątkowo zaciemniona. Wszystkie pomieszczenia produkcyjne na parterze pomalowano na żółto. W tym przypadku w oczy rzucają się dodatkowe wzmocnienia filarów podtrzymujących strop. Sufit jest pofalowany. Pod nim wiszą resztki instalacji świetlnych. W czasach, gdy okna nie były jeszcze przesłonięte murem, całość prezentowała się niezwykle okazale. Jeszcze w 2006 roku wewnątrz hal na parterze mieściło się mnóstwo ciekawych przedmiotów – zwoje tkanin, instrukcje, tablice BHP.

Obrazek
Zniszczony mur, rozkradziona posadzka, wybrakowane instalacje – elektryczne i grzewcze, resztki sygnalizatora ogniowego, odchodząca farba. Nic dziwnego, że pomieszczenia na parterze prezentują się najgorzej – to właśnie tędy, do 2007 roku, gdy zamurowano okna, ciekawscy ludzie wchodzili do wnętrza „Pawelany”. Tutaj też składowano wszystkie śmieci zrzucane z wyższych pięter. Mimo tego, te hale mają w sobie nieopisany klimat. Unoszą się tutaj zapachy, których próżno szukać na wyższych poziomach. W otwartych drzwiach widać prostokątny wizjer. W dalszym przedsionku biegnie czerwona rura sporej średnicy.
Gra światła i cienia sprawia wrażenie, jakby paliło się tam światło. Jest to wyłącznie złudzenie. Żadna żarówka w „Pawelanie” nie świeciła się od 2004 roku. Naturalnie później, przy pracach architektonicznych, do obiektu prowizorycznie podciągnięto prąd. Ale to już nie to samo…

Obrazek
Widok na drugą stronę przędzalni. Pierwsze przebłyski naturalnego światła i jasne drzwi w tle napawają optymizmem. To pomieszczenie nie posiada praktycznie żadnych okien po prawej stronie (przylega do dobudowanej na podwórzu hali). Łuszcząca się farba na suficie wywołuje skrajne emocje – imponuje lub przeraża. Fotografia ukazuje to, przed czym wspomniałem na wstępie – u dołu kadru widać co najmniej dwa odkryte kanały odpływowe. W ciemnościach i gruzie zalegającym na ziemi są one niemal niewidoczne. Jest to jeden z powodów, dla których pod żadnym pozorem nie powinno się spacerować po takich miejscach bez odpowiedniego oświetlenia! Najlepiej zabierać ze sobą ludzi, którzy mają wyobraźnię i doskonale znają takie pułapki. Zmierzamy przed siebie, ku drzwiom w tle. Po drodze mijamy tackę z trutką na szczury.

Obrazek
Przechodzimy przez wąski korytarz, w którym mieszczą się pozostałości toalet. Po kilku krokach znajdujemy się w następnej, bardzo ciekawej hali. Po lewej stronie widać ścianę szybu drugiej windy. Znajdują się na niej skrzynki, a w nich – sterownik, zasilanie oraz wyłącznik główny dźwigu. Po prawej stronie są drzwi, przez które przybyliśmy do obecnego miejsca. Na wprost zabudowa małego biura, magazynku. Najprawdopodobniej było to zaplecze, biuro kierownika lub magazynek. Na widocznym w tle skrawku półki jeszcze w 2006 roku stało kilka beczek. Zawierały z pewnością oleje i inne, podobne substancje. W ZPW przez kilka lat spotkałem się z różnymi rodzajami bek – typowymi, niebieskimi, zawierającymi przeważnie środki chemiczne, białymi z olejami i drewnianymi – w nich umieszczano składniki barwiarskie.
Jeżeli ktoś kiedykolwiek w podobnej fabryce natknąłby się na takie środki – niech pod żadnym pozorem ich nie rusza! Wewnątrz może znajdować się niezwykle brudzący smar, olej lub silnie żrący kwas siarkowy, wykorzystywany podczas procesu produkcyjnego. Beczki zawsze zostawiamy w spokoju!

Obrazek
W pobliżu szybu windy mieści się klatka schodowa. Pod schodami znajduje schowek. Jego cechą charakterystyczną są drzwi – a w zasadzie to, co z nich zostało. Zniszczona płyta przypomina potworną twarz, wołającą o pomoc. Tak, jakby fabryka błagała o litość losu. Drzwi te wyglądają tak od co najmniej 2006 roku. Są specyficzne i zawsze rzucały się w oczy przygodnych fotografów.

Obrazek
Schody prowadzą w górę. Uważam, że zostały dobudowane później, niż pozostałe klatki. Skąd takie przypuszczenia? Stopnie posiadają nieco inny profil; są ponadto nieco bardziej strome. Kolejnym dowodem przemawiającym za moją koncepcją są liczne pozostałości innych, starych, bezużytecznych, ślepo zakończonych drabinek. Po co montować drabinkę, gdy były schody (i na odwrót)? Część, przez którą przebiega opisywana klatka schodowa, jest jednym z tych punktów, które nie pasują do reszty zakładu. Proszę się przyjrzeć poniższemu zdjęciu:
Obrazek
Widać tutaj trzy różne części architektoniczne – po prawo drugie, spalone piętro produkcyjne. Po lewo trzypiętrowy fragment, przeistaczający się w laboratoria chemiczne. Obie strony różnią się – i to już na pierwszy rzut oka! Zupełnie inne okiennice, nierówny poziom dachu, wyraźny ślad styku obiektów. Wygląda to tak, jakby lewy budynek powstał później. Nadbudówka na dachu została przebudowana po likwidacji trzeciego piętra (nad spaloną halą – wciąż widoczne ślady nowszej cegły). Logika podpowiada, że przed budową lewej części, na krańcu fabryki musiała istnieć klatka schodowa. Być może wtedy ją przebudowano i powstała ta, o której piszę? Obawiam się, że na to pytanie nie uzyskam już odpowiedzi.

Obrazek
Wracamy do hali z windą. Ostrożnie suniemy naprzód. Nad naszymi głowami przebiegają rury – te same, które wiszą nad ulicą Lipową i placem „Pawelany”. Wiodą one z dawnej ciepłowni PZPB „Pamotex” do obiektów zlokalizowanych pod drugiej stronie rzeki Dobrzynki. W lewym oknie widać wentylator. W przeszłości takich wiatraków było całkiem sporo.

Obrazek
Mijamy rury biegnące pod sufitem. Kierujemy się w stronę bramy przy ulicy Lipowej. Halę oświetla światło wpadające od strony podwórza. Kanały w posadzce zniknęły, gruz się przerzedził i – przede wszystkim – jest widno. Nie dajmy się jednak zwieść – to tylko chwilowy stan. Na tym zdjęciu widać, w jaki sposób podparto sufit. Strop przecinają poprzeczne, metalowe belki, wsparte dwoma filarami. Gdzieniegdzie całość wspierają dodatkowe poprzeczki, biegnące pod kątem 45 stopni. W tym stylu zbudowano niemal wszystkie pomieszczenia „Pawelany” i „Pamotex-u”.

Obrazek
Ostatnie okno zachęca do wyjrzenia na podwórze. Wspominałem już, że w „Pawelanie” można spotkać trzy rodzaje okien kratownicowych – klasyczne metalowe, drewniane (na zdjęciu) oraz plastikowe PCV. Ze względu na dużą wartość ciężkich, żeliwnych ram – wiele zostało wyrwanych i oddanych na złom. Zachowało się sporo drewnianych i wszystkie plastikowe. Inna sprawa to szyby – na terenie zakładu ciężko już znaleźć w pełni oszklone okna. Zdjęcie przedstawia podstawę dawnej wieży przylegającej do Dobrzynki. Widać tutaj też malunek, przypominający o zakazie palenia.

Obrazek
Docieramy do znanej nam już bramy. Przebiegający przez nią korytarz biegnie dalej – w stronę biurowca. Zatrzymujemy się na chwilę – po prawej stronie widać obszerne pomieszczenie, gdzie znajdował się garaż i (prawdopodobnie) magazynek. Zastanawiające, gdzie w ZPW gromadzono gotowe materiały. Musiało to być jakieś łatwo dostępne miejsce przylegające do dziedzińca fabrycznego. Na podstawie zdjęć z okresu likwidacji zakładu snuję wnioski, że pewne materiały magazynowano w pomieszczeniu widocznym na zdjęciu.

Obrazek
Zamierzamy zagłębić się w ciemności zakładu, udając się tym korytarzem. Nad wejściem przebiegały przewody elektryczne. Zapewne wnętrze bramy było oświetlone. Wnęka w murze musiała zawierać przełączniki elektryczne lub klucze. Część śladów po kablach urywa się przy ramce – oznacza to, że mieściła się tam skrzynka z przełącznikami lub bezpiecznikami. Po tak nielicznych śladach ciężko określić dokładne przeznaczenie resztek przedmiotu.

Obrazek
Po kilku krokach mijam odpychającą toaletę. Odrapana farba, gruba warstwa kurzu, niekompletna instalacja, wszędobylski bród. No ale czego oczekiwać od miejsca, gdzie od wielu lat nie przebywał żaden potrzebujący człowiek?

Obrazek
W dalszej części korytarza przebiegają zadbane schody. Ładne stopnie, ozdobna poręcz, kompletne okno łukowe – ta klatka schodowa jest najlepiej zachowana. Ma w sobie pewien urok – między drugim a trzecim piętrem efektownie się „zawija”. Powłoka stopni nie jest tak zniszczona jak w części produkcyjnej. W niejednej kamienicy schody wyglądają podobnie.

Obrazek
Za schodami mijam malutki pokoik bez podłogi (jest tu coś w rodzaju kanałów bez włazów). Wewnątrz niego znajduje się obszerna instrukcja obsługi, eksploatacji oraz opis i schemat baterii kondensatorów. Czytamy na niej, że „w zakładzie zainstalowane są dwie baterie o mocy po 200 kVAr każda na napięcie 380 V. Każda bateria składa się z 10 jednostek po 20 kVAr w tym 4 kondensatory 20 kVAr przyłączone po 2 szt. przez jeden stycznik i 6 szt. w polu nr. 3 posiadają indywidualne styczniki (…)”. Dalej czytamy dokładny opis poszczególnych elementów urządzenia, instrukcję obsługi, naprawy oraz przeglądów niniejszej baterii. Szczegółowy szkic obrazuje układ elektryczny kondensatorów. Opis wykonano na maszynie do pisania. Papier jest stary, niezwykle łamliwy. Kartki przytwierdzono do kawałka dykty za pomocą szerokiej taśmy klejącej, którą pokryto część tekstu. Zaskakuje nie tylko nienaruszona tablica ale i nienaganna czystość białej ściany w pokoiku. Tablica ma wymiary 1200 x 200 milimetrów. Została wycięta piłą.

Obrazek
Kawałek dalej korytarz urywa się – po lewo są metalowe drzwi prowadzące do pomieszczeń z urządzeniami elektrycznymi. Na wprost zamurowane przejście do części, którą w końcowym okresie działalności „Pawelany” zaadaptowano pod redakcję „Gazety Powiatowej”. Do biura prasowego dało się wejść wyłącznie z poziomu ulicy Lipowej lub Zamkowej. Po upadku ZPW stało się to możliwe w jeszcze jeden sposób – przez okno od podwórza. Zagadką pozostaje, co mieściło się tam przed powstaniem redakcji. Na drzwiach znajdowała się całkiem ładna, stylowa tablica („osobom nieupoważnionym wstęp wzbroniony”). Nad nimi wisi lampa – niegdyś w ZPW było całkiem sporo takich świateł. Zarówno tabliczka jak i oświetlenie zniknęły w 2009 roku.
Zniknięcie lampy mocno mnie zaskoczyło. Komu chciało się sięgać tak wysoko po ten lekki przedmiot? Przypuszczam, że obiekt strącono przy okazji prac architektonicznych.

Obrazek
Pomieszczenie z osprzętem elektrycznym. To nie jest stacja transformatorowa, do której dawało się wejść bezpośrednio od strony ulicy Lipowej. Tamte pomieszczenia nie posiadały połączenia z resztą zakładu. Co zatem mieściły widoczne na zdjęciu boksy? Czy to była rozdzielnia? Przy każdym pomieszczeniu widać zawiasy – oznacza to, że w przeszłości musiały być tu cztery pary drzwi. Pewien człowiek powiedział mi niegdyś, że pomieszczenie mogło zawierać centralę telefoniczną, nie skłaniał bym się jednak ku tej opcji.

Obrazek
Udajemy się do redakcji. Z podwórza wydaje się tam wejść wyłącznie przez widoczne okno. Zadziwia sposób, w jaki zbudowano ścianki pomieszczenia – zakrywały one okna wybiegające na podwórze. Być może wymusił to przebieg rur nad oknem. Wejście do redakcji od tej strony jest dość niepozorne. Nie zdradza tego, co ujrzę za moment, gdy się odwrócę…

Obrazek
Przechadzając się po redakcyjnym salonie docieram do drzwi wejściowych. Pamiętam je doskonale z lat, gdy gazeta jeszcze istniała. Zawsze imponowały mi swoim blaskiem i ozdobnym stylem. Wielkim zaskoczeniem jest to, że wejście wciąż lśni a poza cegłami, będącymi pamiątką po zawalonym przedsionku, wszystko wygląda tak, jakby gazeta wciąż istniała! Po prawej stronie wejście do małego biura.

Obrazek
Idąc korytarzykiem docieram do toalety. Zwiedzając prędzej parter ZPW zdążyłem przywyknąć do zrujnowanych sanitariatów, odłażącej farby, potłuczonych płytek. Nigdy nawet nie marzyłem, że uda mi się zastać jakiekolwiek opuszczone (tyle lat) miejsce w tak nienaruszonym stanie! Te płytki wciąż lśnią a część posadzki jest względnie czysta! Na sedesie wciąż widnieje naklejka, zdradzająca że został on zakupiony tuż przed upadkiem fabryki. Po tym wydarzeniu gazeta – jak i inni dzierżawcy – musieli się wynieść z murów zamkniętej „Pawelany”.

Obrazek
Zniszczona ścianka przy przejściu z redakcji do reszty biurowca. Widać kontrast między ładną, czystą bielą w pomieszczeniu „powiatowej”, a starymi, zapuszczonymi powierzchniami zakładu. Ten fragment budynku jest pozbawiony światła dziennego – wszystkie okna przylegają do okolicznych ulic zostały zamurowane.

Obrazek
Jedno z dwóch wejść od strony Zamkowej. Po lewej stronie, poza zasięgiem kadru, mieści się portiernia. Po prawej stronie widać ruszt ścianki działowej. Niewykluczone, że za nią mieścił się sklep firmowy. W drzwiach wejściowych do końca tkwiły dwa zamki. Wnętrze tej części budynku jest niestety dość mocno zaśmiecone. Zewsząd wala się gruz i śmieci. Zbadajmy stanowisko pracy portiera…

Obrazek
Zrujnowane meble, resztki zapisków, dokumentów, masa śmieci, zniszczone okna, wyrwane kaloryfery – pokoik nie jest zbyt czysty. Na ścianie wisi tablica korkowa. Przy widocznym biurku przez 24 godziny siedział człowiek. Czuwał nad spokojem i bezpieczeństwem ZPW. Ostatni stróż funkcjonował tutaj mniej więcej do końca sierpnia 2004 roku. Gdy zniknął – „Pawelanę” rozkradziono na dobre. Co ciekawe – przy biurku znalazłem dość interesujący przedmiot – kalendarzyk z 2003 roku z pieczęcią portierni „Pawelany”. Jest to zarazem świadectwo funkcjonowania fabryki w swoim ostatnim roku działalności. Ten mały gadżet zdradza też, że portiernia miała swój własny numer telefonu.

Obrazek
Przechadzając się po pomieszczeniach zlokalizowanych na parterze zwracam uwagę na wandalizm. Praktycznie nic się tutaj nie zachowało. Każda szyba wybita. Kable wyrwane. Rury częściowo przerwane. Nawet to, co wisiało na ścianach znalazło swoich oprawców! Zaskoczył mnie jednak widok firanki, która wciąż wiernie wisiała w jednym z pomieszczeń.
Skierujmy się w stronę wejścia głównego.

Obrazek
Główne wejście od strony ulicy Zamkowej. Ten element zwiedziłem na samym końcu podróży po parterze. Doskonale pamiętam te drzwi sprzed wielu lat. Po lewej i prawej stronie mieściły się wejścia do pomieszczeń. To, zlokalizowane po prawo, było bardzo wąskie. Nieopodal znajdują się schody. Drzwi główne rozchylają się zachęcająco – przez dziesiątki lat przelotny wiatr miotał nimi na wszystkie strony. Pomyślmy, ile setek ludzi przewijało się tutaj każdego dnia. Na hakach po prawej stronie wisiały kaloryfery. Drewniana półeczka stanowiła podstawę dla doniczek z kwiatami. Odwracając się, trafiłbym do drzwi wybiegających na podwórzu zakładu.
Stojąc w tym miejscu odnosi się dziwne wrażenie. Zza murów dobiegają bardzo stłumione, zniekształcone odgłosy przechodniów, samochodów, tramwajów. Wszystko słychać jak przez ogromną studnię. Będąc wewnątrz „Pawelany” głównymi odgłosami pozostają krople spływające z sufitów; nieustanny jest dźwięk wody rozpryskującej się o posadzkę. A każdy ruch poczyniony przez człowieka, wlecze się za nim długim, złowieszczym echem. Pobyt w takim miejscu, po ciemku, w asyście nostalgii i jakiejś skrytej, niewiadomej tajemnicy, przy nieśmiałych dźwiękach zza murów fabryki, jest dość klaustrofobiczny. Faktycznie, nic dziwnego, że zrodziły się przeróżne opowieści o „duchach z Pawelany”.
Ducha nigdy nie spotkałem, poza pewnymi wyjątkowymi sytuacjami, które opiszę w dziale zakańczającym tę pracę.
Cóż, zawracamy i ponownie kierujemy się do bramy przy ulicy Grobelnej. Czas odkryć piętro pierwsze. Ciekawe jakie przyniesie nam atrakcje? Czy uda mi się spotkać „Ducha Pawelany”? Natknę się na ślady przeszłości? Odnajdę kolejne ciekawostki z życia ZPW? Przekonajmy się!



Obrazek

ZPW “Pawelana” – piętro pierwsze

Idąc przez podwórze podziwiam imponującą architekturę. Przed nami jeszcze wiele ciekawych miejsc. Zmierzam do bramy przy ulicy Grobelnej. Przechodzę przez znane nam już drzwi z numerem dwunastym. Kierujemy się do schodów, po których drepczemy na piętro. Znajdujemy się w skrzydle chemicznym.

Obrazek
Po wyjściu z klatki schodowej trafiamy do przedsionka. Uwagę zwracają resztki umywalki (po prawej stronie). Obiekt ten nie stanowił integralnej całości pomieszczenia. Świadczy o tym brak śladu po zaworze i odpływie. Rury musiały przebiegać wzdłuż ściany. Obecność umywalki na wyjściu z części „chemicznej”, była uzasadniona odpowiednimi przepisami bezpieczeństwa i higieny pracy.

Obrazek
Kawałek dalej wchodzimy do małego pokoju. Biegnący w pobliżu korytarz prowadzi do jednej z hal, (zlokalizowanej w głębi budynku). Po drodze mijamy szereg mniejszych pomieszczeń. Ponury pokój widoczny na zdjęciu, jest pierwszy. Ściany pomalowano na chłodny, zielonkawy kolor. Mury są zawilgocone. Okno prawie kompletne. Przy ścianie w tle musiały przebiegać elementy instalacji hydraulicznych. Posadzka nosi ślady żółtego piasku, którym zasypano zalegające tu niegdyś resztki chemikaliów. Składowano tutaj część substancji potrzebnych w procesie wytwarzania tekstyliów.

Obrazek
Dalsze pomieszczenia są ze sobą połączone przejściami. Tu i ówdzie widać resztki chemicznej przeszłości tej części fabryki. U dołu kadru znajduje się drewniane wieko beczki zawierającej czerwony barwnik. Na pokrywie przedmiotu widać rosyjskie napisy oraz pozostałość kartki ostrzegającej o trujących właściwościach substancji.

Obrazek
Silnie koloryzujący czerwony barwnik. Niegdyś znajdowały się tutaj kilogramy tego proszku. Barwniki posiadały różne, często finezyjne barwy. Dzieliły się na kilka stopni odporności. Jedne były szczególnie odporne na wodę, inne na światło. Trwałość barwników sprawdzano przy użyciu różnych kwasów – siarkowego, octowego. Kontrolowano podatność na: pot, ścieranie, wysoką i niską temperaturę. Sprawdzano stan barwy po szesnastogodzinnej kąpieli w wodzie, badano odporność między innymi na miedź i żelazo. Barwnik musiał mieć wysoką jakość. Proporcje barwnika dla bawełny, przędzy i jedwabiu naturalnego oraz wiskozowego były zmienne.
A jak wyglądał proces przygotowania pożądanej barwy? Postaram się to przystępnie opisać.
Pierwszym krokiem był wybór odpowiedniej substancji. Używano, przykładowo, szkarłatu helionowego 2GL, produkowanego w dawnych zakładach „Boruta” w Zgierzu. Ten światłotrwały, bezpośredni barwnik, cechował się przede wszystkim zwiększoną odpornością na działanie światła. Oznaczało to, że nie ulegał blaknięciu. Szkarłat helionowy 2GL posiadał zastosowanie do barwienia przędzy, tkanin bawełnianych i jedwabiu. W połączeniu z innymi barwnikami mógł służyć także do koloryzowania wyrobów półwełnianych. Zgierski produkt rezerwował efekty jedwabiu octanowego, co było bardzo dużym atutem.
Odważoną ilość substancji rozpuszczało się we wrzącym kotle, zawierającym odpowiednią ilość:
a) Dla jasnych wybarwień:
0,5 do 1% sodki amoniakowej
4 do 10% soli glauberskiej krystalicznej
b) Dla średnich i ciemnych wybarwień:
1 do 2% sody amoniakowej
20 do 40% soli glauberskiej krystalicznej
W praktyce często zamiast soli glauberskiej używano zwykłej soli kuchennej. Stosowano wówczas ilości zaniżone o połowę.
Gotowy wywar odcedzano przez gęsto sito. Czasami do kąpieli dodawano środki pomocnicze – Nekalinę S, Pretepon G lub Sapogen T. Proporcja tych substancji musiała osiągać 0,5-1% wywaru.
Przygotowany barwnik wędrował dalej – do barwiarnii. Tutaj nawilżano tkaninę przeznaczoną do koloryzacji. Następnie wprowadzano ją do kąpieli barwiącej. Temperaturę 40 stopni płynnie podnoszono do 80-90 stopni. W tym stanie barwiono materiał przez 45-60 minut. Po upłynięciu tego czasu zamykano dopływ pary i w stygnącej wodzie barwiono przez kolejne 15-20 minut.
Gotową (kolorową) tkaninę płukano i utrwalano. Miało to uodpornić ją na działanie czynników mokrych. Służył do tego utrwalacz WOM. Wypłukaną tkaninę wprowadzano do kąpieli zawierającej, alternatywnie – 2-4% WOM w proszku, bądź 3-6% WOM w płynie. Należało pamiętać o zachowaniu stosunku włókna do wody – 1:20. Proces utrwalania przeprowadzano w temperaturze około 60-70 stopni. Czas trwania nie przekraczał 30 minut. Po zakończeniu pracy gotową tkaninę odwadniano (lub wyżynano) i suszono.
Badania wybarwień 2GL na wywab wykonywano Hydrosulfitem FA, stosując na 1 kilogram farby drukarskiej: przy wywabie obojętnym – 150 gramów Hydrosulfitu FA, przy wywabie alkalicznym – 150 gramów Hydrosulfitu FA z dodatkiem potażu kalcynowanego.

Obrazek
Przechodzimy do kolejnego, wyjątkowo zaciemnionego pomieszczenia. Szyby zamalowano farbą. Prawdopodobnie magazynowano tutaj barwniki i inne chemikalia szczególnie podatne na działanie światła. W powietrzu wciąż czuć typowy zapach różnych substancji. Po zewnętrznej stronie okna znajduje się metalowa siatka zabezpieczająca.

Obrazek
W jednym z zakamarków korytarza tkwi skrzynka elektryczna. Widok o tyle nietypowy, że niemal wszystkie przedmioty, które wystają poza obrys ścian, zniszczono i wywieziono. Napis na skrzynce głosi, że mieściła ona wyłącznik główny. Nad obiektem widać pozostałości kabli. Na uwagę zasługują drzwiczki – ich dolna część jest zabrudzona smarami. Zapewne jest to pamiątka po czasach, gdy przełącznika używali ubrudzeni maszynami pracownicy.

Obrazek
Przed końcem korytarza, który kończy się przy okolicznej hali, znajdują się toalety. Jest to ciąg sanitarny, zabudowany w jednym pionie na wszystkich piętrach skrzydła chemicznego. Ponura, zimna zieleń króluje i tutaj. Brakuje większości wyposażenia. Nie ma muszli, umywalek, drzwi, rur. Nigdzie indziej w zakładzie nie spotkałem płytek w takim kolorze.

Obrazek
Narożna hala „Pawelany”. W tym miejscu budynek tworzy kształt litery „L”. Opuszczamy część równoległą do ulicy Grobelnej i idziemy dalej – wzdłuż Lipowej. W widocznym pomieszczeniu do 2005 roku wisiały podwieszane lampy jarzeniowe – wciąż widać resztki ich mocowań oraz zwisające instalacje. Oświetlenie w takich halach było mocno prowizoryczne – kable biegły luźno pod sufitem. Widoczną wyrwę w oknie wykonano podczas demontażu wyposażenia ZPW. Miało to ułatwić zrzucanie największych elementów bezpośrednio na ulicę.
Dobrze pamiętam scenę, gdy latem 2004 roku robotnicy, wykonujący prace porządkowe na terenie fabryki, próbowali przecisnąć przez tę wyrwę jakaś potężną, zieloną maszynę. Sprzęt był owinięty paskami mocującymi i przygotowany do opuszczenia na pakę, stojącego na chodniku pod oknem, zielonego samochodu ciężarowego marki Star 266. Podczas likwidacji wyposażenia ZPW na terenie zakładu widywano Stary – 200 i 266 oraz ruskiego Kama3.
Przedstawiam dwa zdjęcia – wykonane w tym samym miejscu za dnia i nocą. Po zapadnięciu zmroku wnętrze obiektu wypełnia światło latarni ulicznych.

Obrazek
Mijamy fotografowaną już na parterze klatkę schodową. Tutaj prezentuje się jeszcze gorzej. Niebezpiecznie popękane i zarwane stopnie nie zachęcają do podróży w górę. Obraz ruiny potęguje wszędobylski gruz i śmieci. Ciekawe co spowodowało te zniszczenia – kolejny ślad po brutalnym demontażu maszyn? Stopnie nie noszą żadnych śladów naprawy. Wydaje mi się, że jakiekolwiek pęknięcia powstałe podczas funkcjonowania „Pawelany”, zostałyby natychmiast naprawiane (montaż wsporników, wymiana stopnia, zalanie betonem – cokolwiek).

Obrazek
Przechodzimy do szeregu hal produkcyjnych. Każda z nich wsparta jest charakterystycznymi filarami. Przyszliśmy drzwiami widocznymi w tle (po prawo). Oba wejścia prowadzą do hali narożnej i skrzydła chemicznego. Różnica polega na tym, że przejście po prawej stronie umożliwia skorzystanie z pokazanych na poprzedniej fotografii schodów. Drzwi po lewo sprawiają możliwość przejażdżki windą, której szyb mieści się za widoczną białą ścianą (na wprost).
Hala na przełomie kilku minionych lat diametralnie zmieniła swoje oblicze. Do 2004 roku przy lewej ścianie stał rząd pięciu zielonych maszyn. Każda z nich nosiła na sobie rosyjskie napisy. Ciężko mi po latach określić dokładne ich przeznaczenie w cyklu produkcyjnym. Przez urządzenia przewijała się tkanina. Lampy wisiały w trzech rzędach, pomiędzy filarami. Te, które mieściły się przy linii okiennej były zamocowane prostopadle do niej. Lampy biegnące przez środek hali (w ciągu komunikacyjnym) zawisły równolegle do okien. W szafie elektrycznej na końcu hali zamieszczono wyłączniki poszczególnych stanowisk pracy. Dodatkowo na większości filarów znajdowały się gniazdka. Nie muszę chyba dodawać, że ściany były śnieżnobiałe a pod sufitem roiło się od orurowania…

Obrazek
W tej części obiektu występują obszerne, prostokątne, metalowe okna. Jest to typowa kratownica, wewnątrz której montowano szereg małych, prostokątnych szybek. Wentylację umożliwiały dwa obrotowe lufciki. Zamykało się je na zasuwkę (o ile była - mnóstwo okien jej nie ma). Konstrukcje te nie były zbyt szczelne. Liczne pęknięcia i ubytki w oszkleniu mogły przyczynić się do wymiany niektórych okiennic na lepsze, drewniane, zawierające mniejszą ilość szklanych szybek.

Obrazek
Do 2009 roku zachowały się bardzo nieliczne pozostałości rur. Częścią z nich transportowano parę technologiczną, innymi wodę. Nie udało mi się ustalić, co płynęło czerwonymi ciągami o przeróżnych średnicach, na które natknąłem się w wielu punktach fabryki. Rury gazowe maluje się na żółto. Zgodnie z zasadą, na czerwono barwiono wodne ciągi pożarowe – doprowadzane do przeciwogniowych hydrantów wewnętrznych. Zważywszy na mnogość czerwonych rur w „Pawelanie” oraz ich średnice (od kilku do kilkudziesięciu centymetrów) wydaje się to trochę dziwne.
Porównując stan pomieszczeń z okresem likwidacji zakładu, nie mogę zrozumieć, w jaki sposób wyrywano niektóre, wyjątkowo ciężko dostępne elementy instalacji. Odnoszę wrażenie, że widoczna rura pozostała w murze tylko ze względu na to, że wbiega w głąb ściany, co uniemożliwia jej wyrwanie…

Obrazek
Przeszliśmy do kolejnej hali, wzbogaconej o windę (szyb znajduje się na końcu pomieszczenia, po lewej stronie). Po prawo widoczne wejście do schowka. Na pierwszy rzut oka straszą odpadające płyty sufitowe. Znajdujemy się w starszej części fabryki – od teraz światło dostarczają węższe, kratownicowe okna o nieco zaokrąglonych krawędziach. Po prawej stronie królują metalowe ramki. Po lewo – drewniane. Spostrzegawczy zauważą, że zmienił się też strop. Na górze nie ma już falowanego tynku. Poprzednia część budynku posiadała żelbetowy strop. Tutaj jest on drewniany. Myślę, że to kolejne dowody na to, że część „chemiczna” jest młodsza niż reszta fabryki. Zły stan sufitu wyjaśnia to, że nad nami znajduje się spalona hala. Łatwo się domyślić, że zarówno ogień jak i hektolitry wody, użytej podczas gaszenia pożogi, dały się we znaki także na niższych piętrach. Konstrukcja hal – tej, pod i nad nami – musi być od dawna nadwyrężona. Świadczą o tym dodatkowe, przekątne wsporniki, widoczne po lewej stronie. Nic dziwnego, że to właśnie tą część ZPW przeznaczono do rozbiórki.

Obrazek
Zaglądamy do szybu windy. Ten dźwig (Zremb, numer fabryczny 311400300) pozbawiony jest kabiny. Fotografia ukazuje widok w dół kanału. Znajdują się tam wrota parteru, za którymi mieści się mała drabinka, ułatwiająca technicznemu zejście na samo dno szybu. Przypuszczalnie wagon był taki sam, jak ten, który zachował się w drugim szybie. Spójrzmy jeszcze w górę…

Obrazek
Szyb pnie się w górę, przecinając wszystkie piętra. Co ciekawe – przebiega on przez cztery poziomy, także przez spaloną halę, a przecież piętro nad nią wyburzono (prawdopodobnie w latach 80). Sprawia to, że jadąc windą na samą gorę, wysiadało się praktycznie… na dachu! Zabudowano tam specjalną nadbudówkę z blachy. Tam również dotrzemy.
W szybie zachowały się wszystkie elementy windy – prowadnice kabiny, oświetlenie oraz impulsatory, wzbudzane przez ruch wagonu. Lokalizowały one pozycję kabiny, co umożliwiało zatrzymanie silnika dźwigu w momencie, gdy wagonik osiągał żądaną wysokość. Zremb w swoich konstrukcjach montował jedno i dwubiegowe silniki. Dźwigi towarowo-osobowe posiadały raczej twardą charakterystykę (jeden bieg) i były dość mozolne.

Obrazek
Niecodzienne spojrzenie na rury przebiegające nad ulicą Lipową. Z tej perspektywy widać, że budynki przylegające z drugiej strony są już wyłącznie pojedynczą ścianą-atrapą. Dach i pozostałe mury tamtych hal wyburzono kilka lat temu (pomiędzy 2007 a 2008 rokiem). Nim to nastąpiło, budynek zdążył strawić duży pożar. O ile dobrze pamiętam, wydarzyło się to we wrześniu 2005 roku.

Obrazek
Każde pomieszczenie w fabryce posiadało instalację grzewczą. Były to żeliwne kaloryfery dwóch typów – rurowe oraz żeberkowe. Wisiały na specjalnych hakach. Za kaloryferami montowano matę odbijającą ciepło. Kaloryfery były jednym z pierwszych elementów, który na potęgę zaczął znikać z „Pawelany”. Jeden, mały, waży co najmniej 60 kilogramów. Przekładając to na stosunkowo małe gabaryty, łatwość transportu oraz cenę złomu, nie trudno się domyślić gdzie trafiły. Jeden kaloryfer na skupie surowców wtórnych wart jest średnio 25 złotych. Tylko na tym zdjęciu znajduje się jedenaście miejsc, gdzie wisiały. Złomiarz zainkasował przynajmniej 275 złotych. Biorąc pod uwagę kilometry rur, setki kaloryferów, dziesiątki skradzionych krat okiennych, ośmielę się rzec, że wartość złomu zgromadzonego w „Pawelanie” w momencie jej upadku była kolosalna. Niestety wielu to dostrzegło…
Jak widać, ubytki w oknach przyczyniły się do niszczycielskiego działania sił przyrody.

Obrazek
Powoli docieramy do biurowca. Nim jednak tam wkroczymy, warto się zatrzymać.
Na posadzce zalegają kałuże wody. Od czasu do czasu słychać krople wody, rozpryskujące się o podłogę. Dźwięk ten niesie się długim echem po całym korytarzu. W niektórych miejscach z posadzki wyrosły… grzyby!
Przedsionek znajdujący się przed nami mieści małą komórkę, wejście na jedną z kładek prowadzących do toalet w przeciwległym skrzydle oraz klatkę schodową.

Obrazek
Przekraczamy drzwi przedsionka. Oddzielają one część produkcyjną od biurowej. Póki co nie zagłębiamy się w biuro – za moment skręcimy w stronę drewnianego łącznika, biegnącego na drugą stronę zakładu. Przed nami długi korytarz prowadzący do pomieszczeń administracyjnych, zlokalizowanych po jego obu stronach. Po lewej stronie, poza zasięgiem kadru, mieści się spora skrzynka z bezpiecznikami.

Obrazek
Wspinamy się po drewnianych schodkach, prowadzących do piętrowego łącznika, wiodącego w stronę dawnej wieży. Kładki są drewniane, zabudowane, wsparte na stalowych szynach. Posiadają okna. Wewnątrz przejść nie było oświetlenia elektrycznego.

Obrazek
Przechodząc na drugą stronę, spoglądam na mury fabryki. Z tej perspektywy „Pawelana” wygląda wyjątkowo ponuro. Śmieci leżące na daszku kryjącym podwórze, wybite okna skrywające czerń hal, smutne, puste „oczodoły” w miejscach, gdzie przed pożarem mieściły się szyby – dokładnie tak kończy większość największych fabryk. W zapomnieniu, smutku, zniszczeniu.

Obrazek
Wnętrze dawnej wieży. Po zakończeniu eksploatacji obiektu, istniejący fragment wykorzystano jako ciąg toalet. Ciasne wnętrze o kwadratowej podstawie cechuje się ciekawą posadzką oraz podłużnym oknem, które z pewnością pochodzi z czasów, gdy ponad tym miejscem górował ceglany wierzchołek wieży. Toalety były chyba jedynym rozsądnym pomysłem na adaptację tak małej przestrzeni. Zaznaczam, że widoczne pomieszczenie nie ma połączenia z resztą budynku, do którego przylega! Prowadzi do niego wyłącznie drewniany łącznik ze „skrzydła” produkcyjnego.

Obrazek
Wracamy do łącznika. Okazuje się, że są tutaj również schody, umieszczone wewnątrz białej nadbudówki (po lewej stronie). Prowadzą one do pomieszczenia warsztatu. Nim tam zejdziemy, przyjrzyjmy się kilku elementom. Z tej perspektywy widać doskonale różnice pomiędzy „starszą” częścią a skrzydłem chemicznym (w tle).
Kiedy je dobudowano?...
Zauważalne jest też miejsce, gdzie niegdyś przebiegało trzecie piętro nad spaloną halą.
Dlaczego je zburzono?...
Wszystkie hale w tej części, posiadają dodatkowe, przekątne wsporniki, podpierające filary. Czyżby rozbiórki dokonano po jakimś pożarze, który osłabił strukturę murów?
Po raz kolejny zastanawia bryła i przeznaczenie żółtej hali u podnóża zakładu.
Po co ją wzniesiono?...
Wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi.

Obrazek
Znajdujemy się wewnątrz białej nadbudówki, skrywającej zewnętrzne schody. Konstrukcja jest w pełni metalowa. Część zabudowy wykonano z blachy, na której znajdujemy interesujące napisy (AK, P.P., Diabeł, Paweł, Marek). Ktoś zostawił po sobie ślad z okresu działalności ZPW. Ciekawe, że w tak prowizorycznej budowli znalazło się nawet miejsce na otwierane okno!

Obrazek
Drzwi prowadzące do warsztatu elektrycznego wciąż zachęcają do otwarcia. Niestety – wewnątrz nie znajdziemy już majstra, który naprawi każdy defekt sprzętu. Pomieszczenie warsztatowe przybiera formę wszechstronnego prostokąta. Na ścianach znajdują się resztki instalacji oraz tablica, na której wieszano klucze.

Obrazek
Ze względu na utrudnione dojście do warsztatu, zabudowano dodatkowe wyjście awaryjne. W przypadku pożaru w którejś części pomieszczenia lub kładki, osoby przebywające w warsztacie znalazłyby się w śmiertelnej pułapce. Dzięki tej drabince wystarczyło wyjść przez okno, by znaleźć się na podwórzu „Pawelany”.

Obrazek
Naprzeciwko wejścia do warsztatu elektrycznego znajduje się małe pomieszczenie, do którego prowadzi dość dziwne, wybitnie niskie wejście. Tuż za nim mieści się kilka stopni wiodących niżej. Można przypuszczać, że nie jest to stan oryginalny.
Pomieszczenie musiało spełniać specyficzną funkcję magazynową – znalazły się tutaj liczne elementy masek gazowych, okularów roboczych i innych przedmiotów ochronnych.
Wracamy łącznikiem do przeciwległego skrzydła.

Obrazek
Docierając do części biurowej ponownie mijamy schody. Po drugiej stronie widać drzwi. Otwór, w którym się znajdują nie jest większy od okolicznych okien – posiada takie same gabaryty jak one. Oznacza to, że wejście zamontowano już po zakończeniu budowy obiektu. Po co je tam zlokalizowano? Ustaliłem, że w „Pawelanie” była niegdyś jeszcze jedna, czwarta kładka. Wskazuje na to kilka szczegółów. Przede wszystkim, w murze, poniżej drzwi widocznych na zdjęciu, znajdują się resztki odciętych szyn – takich samych jak te, na których podpiera się powyższa kładka. Dodatkowo na cegłach dookoła drzwi widać nieliczne pozostałości obrysu łącznika. Można przypuszczać, że był on taki sam jak ten, który wciąż wisiał na poziomie drugiego piętra. Jaki był powód likwidacji przejścia? Są dwie możliwości – zmiana przeznaczenia pomieszczenia, do którego wiodła zlikwidowana kładka, bądź jej zły stan techniczny. Pierwsza wersja brzmi przekonująco. Przeglądając dziesiątki dokumentów, dotyczących starych fabryk i wiedząc, że drugie piętro budynku administracyjnego (gdzie mieści się sala konferencyjna) było przebudowane, nie zdziwiłbym się, gdyby przedtem sala mieściła się właśnie w miejscu, do którego prowadziła nieistniejąca już kładka. Równie dobrze mógł się tutaj mieścić obiekt kulturalny, magazyn lub dodatkowa stołówka. W czasie, gdy ZPW zatrudniał 4 tysiące osób, mógł istnieć problem z mieszczeniem ludzi w jednej, małej jadalni na drugim piętrze. Ale czy tak było naprawdę?
Dodam jeszcze, że do pomieszczenia po drugiej stronie, prowadziła wyłącznie… kładka! Aktualnie nie da się tam dotrzeć w żaden sposób. Jak zatem radzili sobie pracownicy po likwidacji drewnianego łącznika? Dobudowano nieistniejące już schody, biegnące bezpośrednio z poziomu podwórza fabryki.
Obrazek
Powyższe zdjęcie obrazuje miejsce, z którego wybiegały opisane przed chwilą schody. Widać tutaj drzwi prowadzące do pomieszczenia, oraz pozostałość mocowań górnej części konstrukcji schodów. Wejścia nie było już w 2004 roku. Dlaczego zniknęło? Ten temat omówimy na końcu.

Obrazek
Korytarz w części administracyjnej. Po obu stronach znajdują się pomieszczenia biurowe. Pod sufitem biegnie czerwona rura. Widać tam też pozostałości mocowań oświetlenia jarzeniowego. Wygląd tego miejsca nie odbiega znacząco od stereotypowego obiektu urzędowego.
Nie mogę się jednak powstrzymać przed smutnymi przemyśleniami – na tle biurowca „Pamotex-u”, budynek administracji „Pawelany” wygląda niezwykle biednie. W PZPB panował przepych bogactwa, eleganckich ozdób, figur (nie wspominając o „złotej sali”). „Pawelana” prezentuje wyłącznie proste biura i dość kiczowaty gabinet dyrektorski. Przez liczne okna, od czasu do czasu, do wnętrza zagląda kolorowa codzienność (fotografia po prawej stronie).

Obrazek
Kilkanaście okien w części biurowej (od strony ulicy Lipowej) pod koniec działalności „Pawelany” zastąpiono nowymi PCV. Tam, gdzie tego nie uczyniono – zostały stare, drewniane ramy. Na parapetach wciąż tkwią relikty przeszłości –grzebień, popielniczka, szczotka, szpula nici.

Obrazek
Na zewnętrznej stronie parapetów porasta drobna roślinność. To nic w porównaniu z tym, co rośnie na dachu – zdarzają się tam nawet brzozy! Kawałki szkła, resztki gruzu, uschła roślinność i wszędobylska szarość – odwzorowanie tego, co można zastać wewnątrz ZPW „Pawelana” przeszło sześć lat po tym, gdy zgasła tutaj ostatnia fabryczna jarzeniówka.

Obrazek
Jedno z biur. Pomieszczenie składa się z dwóch pokojów. Na lewej ścianie znajdują się białe płytki.
W tym miejscu mieścił się dział kadr. Dobrze widać punkty, gdzie były: kaloryfer, półka i regał. Przy drzwiach musiał wisieć jakiś obrazek lub zdjęcie. Większość pomieszczeń w tej części zakładu wygląda podobnie.

Obrazek
Blat w następnym biurze. Z pewnością przyjmowano przy nim interesantów. W tle musiał stać jakiś wąski regał. Jak widać – złomiarze wyrwali ze ścian wszelkie kable zawierające cenną miedź. Proces ten jest wyjątkowo widoczny na białych ścianach skrzydła administracyjnego.

Obrazek
Ściany wciąż są czyste. Gdzieniegdzie mieszczą się bohomazy pozostawione przez młodzież. To biuro jest o tyle wyjątkowe, że posiada specjalną wnękę na kaloryfer. Grzejnik nie wystawał tak jak w innych miejscach. Ślad na farbie wskazuje, że w biurach znajdowały się grzejniki rurowe. To samo potwierdzać nieliczne fotografie z okresu likwidacji ZPW „Pawelana”.

Obrazek
Ciekawe rozwiązanie w dalszej części budynku. Wstawiono wentylator zamurowując przy tym połowę okna. Zmniejszone okno mocno ogranicza ilość światła w pokoju. Zastanawiające jest w jakim celu instalowano tutaj wentylację.

Obrazek
Dochodzimy do końca korytarza. Mieści się tutaj jedno z głównych biur administracji Zakładu Przemysłu Wełnianego. Obraz wyjątkowo smutny.
Do wiosny 2005 roku to miejsce było zupełnie odmienne. Parkiet lśnił, ściany były śnieżnobiałe. Pod oknami stał stół, na nim drobne detale. Szyby przesłaniały firanki. Cały gabinet był zapełniony różnymi przedmiotami. Na ziemi leżała potężna flaga narodowa, robiąca w tym miejscu piorunujące wrażenie. W doniczkach tkwiły uschłe już kwiaty. Ściany były całe.

Obrazek
Przez okno biurowca „Pawelany” widać imponujący biurowiec PZPB „Pamotex”. Różnice pomiędzy budynkami są kolosalne. Pocieszające jest jednak to, że chociaż obiekt PZPB przez szereg lat pustoszał i straszył podobnie jak „Pawelana”, to znalazł się człowiek, który zainwestował w tą okazałą budowlę znaczną kwotę, co odrodziło ten budynek.

Obrazek
Długi, biały korytarz kończy się w miejscu, gdzie mieści się biuro sfotografowane na powyższych zdjęciach. W dalszą drogę należy udać się kolejnym, mniejszym korytarzykiem, prowadzącym do najważniejszych pomieszczeń kierowniczych. Droga ta zakończona jest widoczną w tle klatką schodową. Przekraczamy masywne, drewniane drzwi, kierując się w głąb budynku.

Obrazek
Tuż za przejściem, po prawej stronie, mieszczą się dwie pary drzwi. Prowadzą one do toalet – z pewnością były rozdzielone na damską i męską. Pomieszczenia są ciasne i ponure. Ściany wyłożono kafelkami. Po prawej stronie widać podstawę umywalki oraz rury, którymi odprowadzano wodę. Wyżej – pozostałości zaworów. Obie toalety posiadają zbliżone rozmieszczenie sanitariatów.

Obrazek
Naprzeciw toalet znajduje się niezbyt duże pomieszczenie, które mogło spełniać dwie funkcje – skarbiec lub księgowość. Przemawia za tym potężny, wbudowany w ścianę sejf. Dwie skrytki zostały otwarte i opróżnione. Pozostałe wciąż zostają zamknięte. Jedna z nich nosi ślady prób otwarcia. Z pewnością pokój ten był często odwiedzany przez dyrekcję zakładu. Niestety – minione lata mocno nadwyrężyły stan pomieszczenia. Jeszcze w 2005 roku stała tutaj okazała szafa z herbem fabrykantów a przez szczelne okna nie napływała niszczycielska wilgoć.
Sejf pobudza ciekawość – co się kryje w zamkniętych skrytkach? Przypuszczam, że nic wartościowego. Najwyżej pęk papierów i śmieci. To, co posiadało jakąś wartość (ważne dokumenty) z pewnością zabezpieczono.

Obrazek
Ozdobna mozaika w gabinecie na skraju budynku. W tym miejscu prawdopodobnie odbywały się spotkania kierownictwa „Pawelany”. Za oknem płynie rzeka Dobrzynka. Okopcony sufit jest pamiątką po małym pożarze tego pomieszczenia. Nie podoba mi się zaciemnienie i szarość panujące w gabinecie. Z pewnością wykonanie takiej mozaiki wiązało się z dużym poświęceniem. W tle widać wejście do malutkiego pokoiku.

Obrazek
Wnętrze pokoju przylegającego do gabinetu jest jeszcze bardziej zaciemnione. Oświetla go tylko jedno małe okienko, które wybiega na podwórze zakładu. W suficie widoczne są resztki łańcucha, na którym wisiała lampa oświetlająca to miejsce. Na podłodze pozostałości parkietu. Ściany pokrywa gruba płyta, do której były przytwierdzone… lustra! Nie mam pojęcia, jaką funkcję miał spełnić ten ciemny, ciasny, lustrzany pokoik.

Obrazek
Jeszcze po 2006 roku w gabinecie walały się dziesiątki dokumentów i faktur. Pomimo generalnych porządków w obiektach ZPW, w różnych zakamarkach wciąż można było znaleźć ciekawe papiery, dowody kupna/sprzedaży, faktury, receptury, poradniki pracownicze, prasę (głównie numery „Głosu Robotniczego” z końca lat 80.) i przeróżne katalogi innych zakładów oferujących akcesoria barwiarskie.

Obrazek
Opuszczając pomieszczenia kierownicze, dostrzegam szafę z naklejką „Only Pawelana”. Jak się potem okazało – naklejki te obecne były w zakładzie. Forma wykonania budzi uśmiech na twarzy. Zabawny napis groźnie kontrastuje z tym co się stało z „Pawelaną” po latach. Teraz określenie propagowane przez nalepkę może wywołać najwyżej ironiczny uśmiech.

Obrazek
Na zakończenie zostawiam obszerne pomieszczenie w skrzydle socjalno-technicznym. Nie daje się tam dotrzeć żadną drogą. Zlikwidowana kładka, której istnienie odkryliśmy kilka zdjęć wyżej – nie istnieje. Po małym śledztwie, udało mi się ustalić, że do widocznego pomieszczenia wiodły dodatkowe, zewnętrzne schody. W 2004 roku już ich nie było. Nie widać ich też na żadnym z archiwalnych zdjęć. Ich istnienie jest jednak zupełnie oczywiste. Świadczą o tym bardzo wyraźne ślady mocowań stopni na fotografii z okresu likwidacji ZPW „Pawelana”. Nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego schody zniknęły. Zapewne – skoro dobudowane po likwidacji kładki, czyli względnie niedawno – były metalowe, podobnie jak te, które prowadzą do warsztatu elektrycznego. Łatwo dostępny, ciężki metal na parterze musiał zainteresować złodziei złomu. Być może to im zawdzięczamy brak dostępu na pierwsze piętro części socjalno-technicznej. Na poparcie mojej tezy zamieszczam poniższe zdjęcie:

Obrazek
W zaznaczonym miejscu bardzo dobrze widać drzwi. Ujęcia wykonane sześć lat wcześniej z tego samego miejsca, obrazują jakiś kawałek ściętej szyny tuż pod progiem drzwi. Poza tym są tam wyraźne, świeże skazy na murze (tutaj zakryte pod śniegiem). Nikt by nie tworzył ślepych drzwi, grożących wypadnięciem z budynku.
Nad drzwiami widać szynę drugiej suwnicy, obok której znajduje się malutkie okienko pokoju przylegającego do gabinetu z mozaiką na ścianie. ZPW „Pawelana” z tej perspektywy wygląda wyjątkowo okazale.
Czas „wskoczyć” na piętro drugie. Wracamy do skrzydła „chemicznego”, by tamtejsza klatką schodową wdrapać się na wyższy poziom.

Obrazek

ZPW “Pawelana” – piętro drugie

Po raz kolejny przemierzamy okazały plac fabryczny. Kierujemy się do bramy przy ulicy Grobelnej. Schodami udajemy się na drugie piętro. Przed nami kolejne hale, biura i inne, ciekawe pomieszczenia.

Obrazek
Droga wiodąca do naszego celu wyraźnie zdradza, że minęło już kilka lat od czasu, gdy życie w ZPW „Pawelana” zamarło na dobre. Jasna, dość surowa klatka schodowa, pomalowana jest w brązowo-zielone barwy. Dolna część malatury jest spękana i odchodzi od muru. Zakurzone poręcze bronią przed niechcącym upadkiem w dół. Powoli docieramy do drzwi zlokalizowanych na drugim piętrze.

Obrazek
Przed dotarciem na górę ulegam pokusie wyjrzenia przez okno wybiegające na plac fabryczny. Umożliwia ono spojrzenie na dach dobudowanej hali. Zalega tam mnóstwo śmieci, pochodzących z którejś z toalet. Na zdjęciu widać resztki deski klozetowej, rury zlewowe, szczotkę do przepychania sedesów. Znajdują się tam również szczątki lampki, doniczek, wiadra oraz mnóstwo innych, drobniejszych śmieci z tworzywa sztucznego.

Obrazek
Po prawej stronie są drzwi wprowadzające na drugi poziom fabryki. Schody biegną jeszcze wyżej – na trzecie piętro. W tym miejscu w oczy rzucają się rury, którymi prawdopodobnie płynęła para technologiczna. Przed likwidacją zakładu takich rur wewnątrz budynków było znacznie więcej. Po „rozbiorze” wnętrz ocalały się nieliczne. Pod sufitem wisi lampa, która oświetlała ten przedsionek.

Obrazek
Znajdujemy się w hali, do której wprowadza przejście z klatki schodowej. Pomieszczenie jest zniszczone. Nie widać w nim śladów „chemicznej” przeszłości. Pod sufitem przebiega instalacja lamp jarzeniowych. Na uwagę zasługuje podwójny filar (po lewej stronie). To jedna z zagadek, którą prawdopodobnie udało mi się rozwikłać – zapewne wewnątrz metalowego filaru przebiegały rury odpływowe. Świadczy o tym pomieszczenie zlokalizowane dokładnie nad miejscem, do którego „wbiega” rura. Znajduje się tam laboratorium chemiczne, wyposażone w umywalki, których odpływy „giną” w podłodze – w miejscu, gdzie przebiega widoczny na zdjęciu „filar”. Fabryczna prowizorka ma w sobie pewien czar.
Otwarte drzwi po prawej stronie prowadzą do toalet.

Obrazek
Widok z drugiej strony sporej hali w skrzydle chemicznym. Z tej perspektywy widać, że zamurowano dwa końcowe okna (wybiegająca vis a vis kościoła pod wezwaniem świętego Mateusza i Wawrzyńca). Zielona puszka po prawej stronie mieściła wyłączniki poszczególnych maszyn – takie same znajdowały się w halach na pierwszym piętrze. Pomieszczenie to musiało spełniać jakąśprodukcyjną rolę. W 2004 roku w tym miejscu zalegało sporo resztek tkaniny. Pod oknami stał stolik. Na parapetach tkwiły schnące kwiatki…
Po lewej stronie wygospodarowano wydzielony obszar, który mieścił małe biuro (brygadzisty?) lub schowek. Specyficzne zniszczenia ścian i sufitu dają do zrozumienia, że miejsce to wyglądało podobnie także w latach, gdy „Pawelana” jeszcze działała. Można snuć przypuszczenia, że część hal nie była wykorzystywana do końca funkcjonowania ZPW. Inne sale noszą ślady stosunkowo świeżego malowania. Tutaj nie ma nawet pozostałości demontażu maszyn.

Obrazek
Zachodni kraniec pomieszczenia. Znajduje się tutaj przeszklona ścianka działowa. Szklane ubytki zastąpiono blachą. W tym miejscu budynek skręca w prawo – wzdłuż ulicy Lipowej. W 2004 roku w tych okolicach wisiały interesujące tablice BHP, nieco nachalnie przypominające pracownikom o podstawowych zasadach bezpiecznej pracy.

Obrazek
Dokładnie to samo miejsce, co na powyższym zdjęciu, widziane zza ścianki działowej. Ciężko ocenić, czy ten wąski fragment zakładu był czynnie wykorzystywany przy produkcji tekstyliów. Być może w tym wydzielonym skwerku magazynowano jakieś materiały? Fotografia ukazuje narożnik budynku. Za oknami znajduje się skrzyżowanie ulic Lipowej i Grobelnej.

Obrazek
Przyroda otacza fabrykę. Roślinność zagościła w szczelinach pomiędzy cegłami. Sople zwisają z resztek mocowań rynny. Delikatna mżawka wdziera do budynków przez niekompletne okna. Poniżej okiennic przebiegają metalowe prowadnice, w których zapewne przebiegały instalacje elektryczne. Na murze roi się od haków i resztek mocowań.

Obrazek
Przepisowo oznaczone miejsce składowania sprzętu służącego do tłumienia ognia. Na ogół punkty takie zaopatrzone były w hydronetkę, koc i szereg gaśnic – pianowych i CO2. Czasami bywały tutaj młoty, toporki, wiadra. Z pewnością w pobliżu znajdowała się skrzynka z hydrantem i wężem (być może wisiała po prawo – w miejscu, gdzie mieści się ślad na ścianie). Punkty p.poż. musiały być wyposażone w sprawny sprzęt. Z tą sprawnością różnie bywało. Zdarzały się ubytki (gaśnice, węże).
Swoją drogą, nie potrafię zrozumieć, po co w p.poż-ach zawsze znajdowała się hydronetka. Ten, kto miał styczność z tego typu sprzętem, wie doskonale, że hydroneta podczas pożaru nie ma w zasadzie żadnej wartości. Do jej używania potrzeba dwojga ludzi. Do tego – ciśnienie, z jakim woda tryska z wężyka nie zezwala na gaszenie ognia z bezpiecznej odległości. Sama pojemność zbiornika – najczęściej 10 litrów – nie wymaga komentarza. Wiadro napełnione wodą jest wielokrotnie skuteczniejsze, niż hydronetka. Sprzęt tego typu zdaje egzamin wyłącznie na zawodach strażackich. Wewnątrz zakładu znalazłem resztki kilku urządzeń tego typu.

Obrazek
Idąc dalej, przecinamy klatkę schodową. Przed nami dobrze zachowane drzwi (jest nawet klamka i numer). Po lewej stronie widoczny hak, na którym wisiał kaloryfer. Pod oknem stoi także jedyna zachowana, drewniana skrzynka na wąż pożarowy. Od wielu dziesięcioleci wewnętrzne hydranty pożarowe skrywa się w metalowych skrzynkach. ZPW „Pawelana” posiadał sporo starych, drewnianych zabudowań zaworu i węża. Nosiły one nazwę fabryki i numer inwentarzowy, naniesione na blaszkę umieszczoną na drzwiczkach, nad szybką podglądową. Drzwi były zamykane na zasuwę. Całość przyozdabiała drewniana listwa na daszku mebla. Skrzynki malowano na kolor czerwony, który z czasem wyblakł. Obiekt widoczny na zdjęciu był ostatnim tego typu zachowanym w ZPW „Pawelana”.

Obrazek
Półpiętro najbardziej zdewastowanej klatki schodowej w ZPW „Pawelana”. Na dole zalega mnóstwo zrzuconych przedmiotów. Jeżeli w taki sposób radzono sobie przy opróżnianiu zakładu, to nic dziwnego, że dolna część tego szybu komunikacyjnego wygląda żałośnie. Uszkodzony mur zdradza, że dochodziło tam do zderzeń z różnego rodzaju obiektami. Te schody zdecydowanie nie nadają się do użytku. Po drugiej stronie klatki schodowej znajduje się szyb windy.

Obrazek
Przed nami kolejna hala. Można do niej dotrzeć na dwa sposoby – drzwiami przy klatce schodowej, lub przejściem wiodącym przez windę. Na końcu tego korytarzyka tkwi krata. Przypuszczam, że docelowo znajdowała się ona w jednym z okien (jest taka sama jak inne kraty okienne w tej części budynku). Nie przypominam sobie, by obiekt ten blokował przejście przed 2006 rokiem. Powoli zbliżamy się do spalonego fragmentu fabryki.

Obrazek
Wrota windy zabudowane w stylu znanym ze starszych wieżowców. Po prawej stronie znajduje się przycisk przywołujący dźwig. Kabina windy wciąż tkwi na samym dole szybu. Na tym zdjęciu widać czujnik ruchu kabiny. W „Pawelanie” znajdują się dwie windy w dość małej odległości (szyby dzieli jedna hala). Oznacza to, że musiało być duże zapotrzebowanie na transport towarów pomiędzy piętrami (na których mieściły się różne działy produkcyjne).

Obrazek
Widok w głąb szybu – na kabinę dźwigu osobowo-towarowego. Jak widać, zrzucono tam dwie beczki z niewiadomą substancją. Biorąc pod uwagę to, że beki musiały spaść z piętra pierwszego lub trzeciego, gdzie mieściły się chemikalia, można się spodziewać ich zawartości. Pojemniki są szczelnie zamknięte. Nawet jeżeli są puste – nie należy ich ruszać bez odpowiedniego zabezpieczenia.

Obrazek
W poprzedniej części, przy opisie pierwszego piętra, pokazałem fotografię prostokątnego okna kratownicowego. Tym razem prezentuję okno starszego, łukowatego typu. Jest ono nieco węższe. Posiada dwa obrotowe lufciki. Łukowy kształt wymusił stosowanie szybek o różnych wymiarach. Zauważyłem, że okna tego typu były podatne na wichrowanie i wyginanie – niektóre stały się wypukłe względem muru.

Obrazek
Wędrując dalej, mijamy ciężkie, kute blachą drzwi. Znajduje się w nich wizjer kryty drobną siateczką. Nad nim widać ślad po blaszce z numerkiem przejścia; nieco wyżej są dwa otwory po gwoździkach.

Obrazek
Mijamy następną klatkę schodową – zlokalizowaną przy drugiej windzie. Schody nie spełniają już swojej roli. Nikt rozsądny nie próbowałby dostać się na wyższe piętro przez popękane stopnie i potężną wyrwę widoczną na fotografii. Mało prawdopodobne, by zniszczenia te powstały samoistnie. Wydaje mi się, że otwór wydrążono niechcący lub celowo przy opróżnianiu maszynowni windy, mieszczącej się dokładnie piętro wyżej, nad dziurą w schodach. Być może jakiś ciężki element (silnik dźwigu?) spadł z góry na schody. Dotarliśmy do pomieszczeń zniszczonych pożarem.

Obrazek
Środkowa hala części produkcyjnej, drugie piętro. To tutaj, w sierpniu 2004 roku, doszło do kilku wybuchów. Pracownicy tnący maszyny zgromadzone w tym miejscu nie zachowali należytej ostrożności i zaprószyli ogień, który dotarł do butli z gazem technicznym. Znajdowały się one po prawej stronie, przy oknach, tuż za szybem windy. Drewniane wykończenie hali stanęło w płomieniach. Widać, że niektóre filary i poprzeczki wygięły się pod wpływem wysokiej temperatury. Po prawej stronie mieści się szyb windy. Idealnie biała ściana w szybie oznacza, że podczas pożaru metalowe drzwi broniące dostępu do dźwigu wciąż były na swoim miejscu.
Po prawej stronie pomieszczenia zabudowane są przekątne poprzeczki, które wzmacniają mur. Znajdują się one we wszystkich halach w tym pionie. Obiekty znajdujące się poziom wyżej zburzono kilkadziesiąt lat temu.
A jak to miejsce wyglądało dzień po pożarze?
Z sufitu zwisały elementy zawalonego stropu oraz wypalone instalacje elektryczne. Po podłodze walały się szczątki zwęglonych stołów i biurek. Kaloryferów już nie było. Pod oknami leżały wypalone do gołego metalu butle z gazem technicznym. Pod ścianą leżał palnik.
Daleko – w tle – przejście. Przez wszystkie hale w tej części fabryki przebiega długi, zaciemniony korytarz. Rozpoczyna się on przy Zamkowej a kończy pod Grobelną.
Prezentowane zdjęcie, wykonane podczas opadów śniegu, ukazuje ogrom uszkodzeń dachu.

Obrazek
Ostrożnie mijamy wypaloną przestrzeń. Za zniszczoną halą dostrzegam schodki, prowadzące do piętrowej kładki. Drewniane schody ułatwiają podejście do wysokości parapetu, skąd wybiega łącznik. Kiedyś w tym miejscu znajdowało się okno. Pomimo upływu lat, ściany wciąż pokrywa sadza – pamiątka pożaru sprzed lat.

Obrazek
Wnętrze kładki. Prowadzi ona do toalet, zlokalizowanych w dawnej wieży. Na zdjęciu widać osmolone wnętrze, zdewastowane okna oraz dwie pary drzwi – po prawo toaleta dla mężczyzn, po lewo – dla kobiet. Niepewnie wyglądające z zewnątrz budowle, od środka sprawiają dość solidne wrażenie. Nie oznacza to jednak, że można zignorować zasady ostrożności.

Obrazek
Przeciwległy kraniec drewnianej konstrukcji. Pożar zniszczył jedynie zewnętrzną powłokę przejścia. Kładka „wpada” między okna starej części produkcyjnej. Na ścianie znajduje się włącznik światła oraz – najprawdopodobniej – pozostałość po uchwycie, w którym mocowano gaśnicę. Po lewej stronie straszy okno wypalonej hali.

Obrazek
Znajdujemy się wewnątrz (męskiej) toalety, do której prowadzi drewniany łącznik. Przejścia są tutaj wyjątkowo wąskie. Okopcone kafelki i ciasnota generują klaustrofobiczne warunki. Jak widać – podczas pożaru drzwi do dawnej wieży były otwarte. Czarny dym, przedzierający się przez te pomieszczenia, zostawił trwały ślad na białym wykończeniu wnętrza.

Obrazek
Ciekawa posadzka w damskiej toalecie – czarno-biała kratownica, złożona z wielu małych kwadracików. Płytki takie kojarzę ze starych sklepów, budowanych za czasów PRL. Być może jest to podpowiedź – kiedy zlikwidowano wieżę? Ten mały przedsionek znajduje się tuż za przejściem z łącznika. Przestrzeń ta została dobudowana wraz z kładką. Faktyczną krawędź starej zabudowy wieży wyznacza widoczny w tle stopień.

Obrazek
Klimat jak z horroru. Spacerując po „Pawelanie” czułem się czasem jak w miasteczku Silent Hill. Zapomniana, zakurzona i w dodatku lekko okopcona umywalka w męskiej toalecie. Rury odpływowe wciąż kompletne. Zawór zniknął. Wodę doprowadzała metalowa rurka, po której został odcisk na płytkach. Ta zewnętrzna, dosyć prowizoryczna instalacja, zdradza, że toaleta nie była pierwotnym przeznaczeniem tego miejsca. Niestety mury nie mówią niczego więcej na temat przeszłości wieży ponad to, co wiem dotychczas. Po latach przyznaję, że upodobałem sobie to miejsce. Być może ze względu na klimat zapomnienia i skrytą tajemnicę. Już nigdy nikt nie umyje tutaj rąk, spoglądając przez okno na okolice Dobrzynki…

Obrazek
Pisuar na jednej ze ścian. Jak widać – pomimo braku rur spływowych, wciąż jest używany! Zapewne zaglądają tutaj „za potrzebą” (lub z ciekawości) nieliczni bywalcy murów umarłej „Pawelany”. Pozostałe toalety w ZPW nie posiadają tak wyraźnych śladów ciągłego użytkowania.

Obrazek
Na parapecie ubikacji znajdował się klosz jednej z lamp, która oświetlała wnętrze pomieszczenia. Jest to typowa, szklana obudowa dużego gwintu lampy elektrycznej. Elementy takie, niegdyś bardzo liczne, z biegiem lat powoli nikną z otoczenia. Technika i estetyka idą do przodu. Stare części ulegają zniszczeniu lub wymianie. Wracamy do hal produkcyjnych.

Obrazek
Pomiędzy piętrami (głównie między pierwszym a drugim), w różnych częściach fabryki, znajdują się podłużne otwory. Były zakryte pokrywami – prawdopodobnie metalowymi. Klapa musiała mieć łukową podstawę – widać jej odcisk na farbie. Oznacza to, że była „wpisana” w łukowaty sufit. Otwory takie spotykałem w różnych fabrykach – nie tylko „Pawelanie”. Musiały spełniać jakąś konkretną funkcję. Być może dziur tych używano przy transporcie większych przedmiotów pomiędzy poziomami?

Obrazek
Zbliżamy się do kolejnego łącznika. Zbudowano go z desek. Całość opiera się na dwóch szynach, które podpiera dodatkowo jeden (!) wspornik. Dość dziwaczne rozwiązanie, ale – jak już niejednokrotnie zaznaczałem – w ZPW „Pawelana” nie brakuje rozwiązań doraźnych i prowizorycznych. Trzecia kładka łączyła hale produkcyjne ze stołówką. Wyposażona była w dwa okna (po obu stronach). Dostęp do nich został jednak ograniczony od wewnątrz – zabudowano je płytą pilśniową, pokrywającą wnętrze budowli. Poza ubytkiem w oszkleniu, na przełomie wielu lat nic się tam nie zmieniło.

Obrazek
Łącznik, przy zbiegu z murem skrzydła socjalno-technicznego, jest nieco poszerzony. Wymusiła to konieczność dopasowania kładki do otworu okiennego. Z tej perspektywy widać, że kładka jest dużo bardziej zniszczona, niż jej piętrowa sąsiadka. Żaden szczegół nie pozwala niestety na oszacowanie wieku tej konstrukcji.

Obrazek
Nieopodal drewnianego przejścia, znajduje się efektowna, „kręcona” klatka schodowa. Schody przyjmują tę formę wyłącznie pomiędzy drugim a trzecim piętrem. Stwarza to przytulny, domowy nastrój. Całe trzecie piętro w tej części budynku jest zupełnie odmienne, w porównaniu z tym, co poznaliśmy dotychczas. Ale o tym nieco później.

Obrazek
Na wprost schodów znajduje się mały, zaniedbany pokoik. Podobnie, jak reszta okolicznych pomieszczeń, dotknięty został niewidocznym już osmoleniem. Archiwalne zdjęcia, wykonane przy tym pokoju, ukazują nadpaloną (!) tablicę z napisem „remiza strażacka”, umieszczoną po lewej stronie stołu. W tle znajdowały się spalone resztki fotela i półki, na których mieściły się jakieś skrzynki. Nie ma śladów sprzętu strażackiego. Przypuszczam, że tablica znalazła się tutaj przypadkiem. Lokalizacja remizy pozostaje zagadką. Kierujemy się dalej długim korytarzem.

Obrazek
Korytarz kończy się w tej hali. Od razu w oczy rzucają się: odmienny układ filarów (tylko jeden rząd) oraz „zwykłe” okna. Miejsce to zdradza, że układ pomieszczeń na drugim piętrze budynku administracyjnego musiał ulec zmianie. Świadczą o tym: nierównomierny układ ścian oraz „ślepe” drzwi na końcu tej hali. Za ścianą w tle znajduje się sala konferencyjna. Wnęka zachodząca do wnętrza pomieszczenia (widoczna po lewej stronie), to zaplecze tamtejszej sceny.
Jeszcze w 2005 roku wisiały tutaj ładne lampy żarówkowe, takie same, jak ta znaleziona przy wejściu do pomieszczeń elektrycznych (na parterze).
Styl i wystrój hali nie pasują do przemysłowej charakterystyki fabryki, lecz wyrwany mur w jednym z okien (widoczny po prawej stronie) świadczy o tym, że wyciągano stąd jakieś duże przedmioty.

Obrazek
Spojrzenie w drugą stronę tej stosunkowo małej hali. Na wprost korytarz, ciągnący się aż do końca budynku. Przecina on spalone pomieszczenia. Na ścianach widoczne ślady miejsc, gdzie znajdowały się kaloryfery. Dalsza droga wiedzie do budynku frontowego. Kierujemy się tam korytarzem po lewej stronie (poza kadrem).

Obrazek
Droga wiedzie do rozwidlenia. Można wybrać jedną z trzech opcji – dalej, na wprost, do klatki schodowej, w lewo, do zaplecza gastronomicznego i sali konferencyjnej, oraz w prawo – do biura, jadalni i kuchni. Pierw pójdziemy do sali. Mijamy klatkę schodową (w tle) i skręcamy w stronę drzwi, zabudowanych w kolorowej ścianie. Zdewastowany mur, rozkradzione instalacje elektryczne, brakujące listwy podłogowe – pierwsze wrażenie nie jest dobre.

Obrazek
Po lewej stronie sali znajduje się okienko, w którym zapewne podawano herbatę i inne przekąski, płynące prosto z kuchni, znajdującej się kilka pomieszczeń dalej. W dniu wykonania zdjęcia suwane drzwi okienka były sprawne. Potem zniknęły. Wesołe malowanie i liczne listwy zdradzają, że kiedyś było tutaj bardzo ładnie. Czas się odwrócić…

Obrazek
Sala w pełnej okazałości. Znajomy klimat osiedlowych domów kultury. W tle znajduje się podest, obok którego (po lewo) mieszczą się drzwi do malutkiego zaplecza sceny. Dwa widoczne filary znajdują się w osi białej hali, przedstawionej trzy zdjęcia powyżej. Ślady na ścianach zdradzają, że musiały tam wisieć jakieś obrazy lub tablice. Na suficie widać odbicia kloszy jarzeniowych lamp oświetleniowych. Przez szereg lat, jeszcze co najmniej do 2005 roku, obok sceny stało pianino. Na ścianach znajdowały się obrazy w ramkach. Pod parapetami i za sceną mieściły się kaloryfery rurowe. Te, znajdujące się przy oknach, były osłonięte drewnianymi kratami. W oknach tkwiły firany. Nieopodal sceny i pianina stały krzesła. Wydaje mi się, że to miejsce tętniło życiem aż do „śmierci” ZPW. Przypuszczam, że to tutaj spotykano się i rozmawiano o przyszłości zakładu. Sala mogła być wykorzystywana podczas przemówień, spotkań związkowców i imprez pracowniczych. Niegdyś organizowano tutaj także wyborne imprezy karaoke.

Obrazek
Za każdym razem, gdy odwiedzałem pomieszczenie ze sceną, oddawałem się chwili wytchnienia i refleksji. Widoki z tego punktu są niezwykłe. Patrząc na zachód, podziwiam ulicę Zamkową, przedzierającą się przez stare zabudowania PZPB. Na wschodzie Stary Rynek i ulica Warszawska, z okazałym budynkiem upadłej Pabii na horyzoncie. Na wprost – Park Słowackiego, Dwór (zwany Zamkiem) oraz Dobrzynka. Prezentowane zdjęcie ukazuje starą „szkołę położnych”, widzianą z dość unikalnej perspektywy. Wolno wracamy w okolice schodów.

Obrazek
Pamiętna z lat działalności fabryki klatka schodowa prezentuje się żałośnie. Zniszczone stopnie, wyrwane poręcze, odrapane ściany i wybite okna. Niektóre rzeczy wiążą się z wieloletnią wegetacją opuszczonych budynków w centrum miasta. Inne są pamiątką z przeszłości. Te schody musiały być znane mieszkańcom Pabianic (tym, którzy odwiedzali dzierżawione pomieszczenia użytkowe czy biura). Nic dziwnego, że taka klatka schodowa zostawiła u nich trwały ślad w pamięci. „Wytarte schody, ponure wnętrza” – czyli to, co widzimy na tym zdjęciu.

Obrazek
Przechadzając się po schodach umarłej „Pawelany”, obserwowałem żyjące miasto. Przecież kilka lat temu, każdego dnia, przez te okna spoglądały dziesiątki ludzkich oczu!
Któregoś razu, w zimowej scenerii, udało mi się wychwycić taką scenę – tłumy zmierzające do tramwaju. Zadziwiające, jak taka ilość ludzi zdołała się zmieścić w niepustym przecież pojeździe!

Obrazek
Kierujemy się w stronę skrzydła socjalno-technicznego. Prowadzi tam mały korytarzyk. Po lewej stronie widać wejście do biura. Nad drzwiami znajdują się specyficzne świetliki. Wszelkie kable elektryczne zostały brutalnie wyrwane. Na wprost – stołówka.

Obrazek
Wnętrze biura. Składa się ono z dwóch izb i posiada bezpośrednie połączenie z klatką schodową. W latach działalności ZPW „Pawelana” mieściło się tutaj mnóstwo dokumentów. Na przeciwległej ścianie wisiały: umywalka i lustro. Do późniejszych lat ocalały jedynie półeczki ścienne i fotele. Wbrew pozorom, biuro zachowało się całkiem dobrze.

Obrazek
Widok przez okno. Kilka metrów niżej płynie Dobrzynka. Po przeciwnej stronie stoi podobny budynek. Od lat mieści się w nim sklep meblowy. (Prędzej [lata 90.] był tam jeden z pierwszych samoobsługowych marketów w Pabianicach).
„Pabianicka Wenecja”. Miejsce absolutnie wyjątkowe. Ciężko sobie wyobrazić miasto bez tego charakterystycznego elementu.

Obrazek
Korytarzyk wpada do stołówki. Kolorowe ściany i malowidło ocieplają wnętrze jadalni. Za obrazem kryją się pozostałości dawnego przejścia do biura. Prawdopodobnie jest to pamiątka po innym układzie tych pomieszczeń. W stołówce próżno szukać śladów przeszłości. Poza malunkiem i fotelami – nie znajduje się tutaj nic godnego uwagi. Do połowy 2005 roku znajdowało się tutaj mnóstwo krzeseł.

Obrazek
Za stołówką mijamy wlot drewnianego łącznika. Dalej są już tylko pomieszczenia kuchenne. Ściany kuchni zdobią klasyczne, białe płytki. Widać dużo śladów po obiektach przylegających do muru. Jak na tak wielką fabrykę, pomieszczenia kuchenne nie są zbyt duże. Przez okienko podawano potrawy.

Obrazek
Kuchnia dzieli się na dwie wyraźne izby. Przypuszczam, że dalsza, druga, spełniała rolę magazynu (spiżarki) i miejsca, gdzie można było zmywać naczynia. Tutaj mogły mieścić się lodówki i inne urządzenia kuchenne. Wielokrotnie uzupełniano ubytki płytek podłogowych. Sprawia to, że podłoga stała się prawdziwą mozaiką barw i wzorów. Liczne otwory i ślady rur są pozostałością po kurkach, odpływach i gazie.

Obrazek
Widok przez okienko kuchenne. Po lewej stronie znajduje się kładka. Dalej – ślad po kaloryferze i pomieszczenie jadalni. Można sobie wyobrazić, że kilka lat temu, podczas pory obiadowej, z drewnianego łącznika, od strony hal produkcyjnych, wychodziły dziesiątki pracowników, ustawiających się przed okienkiem w oczekiwaniu na posiłek. Ludzie, gaworząc, udawali się do stolików w dalszej części stołówki…

Obrazek
Przechodzimy przez drewniany łącznik i długim korytarzem (na zdjęciu) zmierzamy na drugi koniec fabryki – prosto do skrzydła chemicznego. Planuję dostać się na najwyższy, trzeci poziom ZPW „Pawelana”. Kryje on laboratorium, przytulne pomieszczenia, wieżyczki oraz kilka innych, ciekawych miejsc.


Obrazek

ZPW “Pawelana” – piętro trzecie i wieże

Po raz ostatni przemierzamy ponurą klatkę schodową, która prowadzi przez wszystkie piętra skrzydła chemicznego. Przed nami najciekawsza część fabryki – laboratoria, pomieszczenia użytkowe, wieżyczki maszynowni. W tej części spaceru trzeba będzie nagiąć prawa ostrożności. Tłumaczę to chęcią rzetelnego opracowania niniejszej pracy. Ostrzegam - niech nikt w przyszłości nie próbuje naśladować moich poczynań i ryzykować zdrowiem podczas wykonywania czynności badawczych w obiektach pokroju „Pawelany”. Spacerując po zwęglonych belkach, wędrując wewnątrz szybu windy czy w końcu, wspinając się powyżej trzeciego piętra fabryki, ryzykowałem poważnymi konsekwencjami.

Obrazek
„...Gniewne jak morze to miasto, co śpi”.
Pierwsze wrażenie po wspięciu się na sam szczyt fabryki jest nieopisane. Dopiero tutaj widać ogrom i rozciągłość ZPW „Pawelana”. To jednak dopiero początek najlepszych przeżyć.
„Tańcz, ja będę stał wbity w Twój cień…”
Stojąc na najwyższym stopniu schodów, spoglądam na miejsca, które odwiedziliśmy już prędzej – plac fabryczny, żółta hala, warsztat, część spalona…
Ujęcie to pozwala dojrzeć to, o czym opowiadałem podczas dotychczasowego zwiedzania ZPW. Widzimy tutaj dobudowaną część pomiędzy starą wieżą a drewnianym, piętrowym łącznikiem.
Razi brak trzeciego piętra nad spaloną halą. Zaskakuje linia dachu budynku administracyjnego. U dołu, pośród roślinności, z trylinkowej nawierzchni wystaje kanał przeglądowy. Idziemy dalej.

Obrazek
Odmienność trzeciego piętra jest widoczna od samego początku. Po wyjściu z klatki schodowej trafiamy do korytarza. Znajdujemy się w laboratorium chemicznym. Wnętrze korytarza nieśmiało oświetla wschodzące słońce. Przed nami szereg ciekawych pomieszczeń. W pierwszej kolejności odwracamy się i kierujemy do pokoiku na skraju skrzydła chemicznego.

Obrazek
W pomieszczeniu znajdują się dwa masywne biurka. Zaciemnienie wnętrza spowodowane jest zamalowanymi oknami. W istocie nie jest aż tak mroczno jak na fotografii. Sugerując się resztkami substancji chemicznych zgromadzonymi wewnątrz i pod meblami, twierdzę, że mieściła się tutaj zwykła pracownia chemiczna.

Obrazek
Zadziwiająco dużo elementów uniknęło dewastacji – w ścianach tkwią nietknięte instalacje elektryczne, wodne i grzewcze. Mało miejsc tak dokładnie obrazuje fabryczną prowizorkę – rury puszczono po prostu po ścianie; podwieszono je małymi hakami. Na zdjęciu widać zawór kaloryfera rurowego.

Obrazek
Co ciekawe, wszystkie okna trzeciego piętra, skierowane w stronę ulicy Grobelnej i kościoła pod wezwaniem świętego Mateusza i Wawrzyńca, posiadają zaokrągloną górną krawędź. Zabieg ten poprawia estetykę obiektu. Zamalowanie szyb musiało mieć związek z substancjami, którymi obracano w tej części zakładu. Przy okazji pozwolę sobie zauważyć, że prezentowane okno jest w 100% kompletne!

Obrazek
Drugi pokoik, sąsiadujący z przedstawionym na powyższych zdjęciach, jest zniszczony przez wilgoć. Mokre ściany „zgubiły” tynk. W pomieszczeniu stoi szafka, w której trzymano jakieś substancje. Obok mebla, po prawej stronie, widoczne stare przełączniki prądu. W szafce wciąż tkwi cała szyba. Niebywałe.

Obrazek
Na jednej ze ścian znajduje się spora tablica. Równo z górną krawędzią przebiega sznurek, do którego przytwierdzono zielone spinacze. W 2005 roku w tym miejscu zalegały jakieś firany i metalowe ruszty przytwierdzone do ściany.

Obrazek
Jedno z zamalowanych okien. Na masywnym, betonowym parapecie zalegają kawałki tynku, szkła i kitu. Na powierzchni parapetu znajduje się typowy rowek w kształcie trójkąta. Przez brakujące szybki widać krajobraz zza okna. Póki co nie będziemy wyglądać. Ten widok zostawmy sobie na deser.

Obrazek
Jeden z wielu mebli zastanych w pokoiku. Biurko jest dość mocno zdekompletowane. Do 2005 roku w szufladach można było znaleźć mnóstwo ciekawych rzeczy. W drzwiczkach tkwiły kluczyki zachęcające do zajrzenia do wnętrza kryjącego dziesiątki gazet, długopisów, guzików, papierów. Były tam również instrukcje, metki zakładowe („Wolana”!) oraz kredy.

Obrazek
Co widział laborant, wyglądając przez okno? Kraty, rury, rzekę i czerwoną cegłę. W zasadzie stan ten nie zmienił się zbytnio do dnia dzisiejszego. Z tym, że w „Pawelanie” już nigdy nie zasiądzie żaden laborant. W 2004 roku dokładnie to samo miejsce prezentowało się dużo bardziej malowniczo. Na parapecie leżały puste ampułki, fiolki i mierniki; artystycznie kontrastowały z brudną szybą.

Obrazek
Z każdym dniem substancji chemicznych w ZPW „Pawelana” ubywało. Ta fiolka była ostatnią, jaka znajdowała się w laboratorium chemicznym. Niżej (na parterze) wciąż zalegały beczki z nieznajomymi substancjami. W „Pawelanie” roiło się (niegdyś) od takich gustownych, szklanych ampułek. Nad półką mieścił się włącznik oświetlenia.

Obrazek
Widok ogólny na półkę przedstawioną na powyższym zdjęciu. Dolną część zajmuje suwana szafka. Wewnątrz niej znajdują się kartonowe opakowania, koreczki ampułek i inne, drobne przedmioty. Z pewnością wiele lat temu w tym miejscu zaprowadzony był nienaganny porządek.

Obrazek
Pomieszczeni laboratoryjne. Za szklaną ścianką znajdują się stanowiska pracy. Każde z nich wyposażone jest w umywalkę. Za szklaną przesłoną znajdują się dwie lampy oświetleniowe. Dodatkowo, na przeciwległej ścianie, znajduje się dodatkowa lampa. Cieszy stan instalacji zachowanych pod sufitem. Wszystko jest kompletne!

Obrazek
Jedno ze stanowisk. Tutaj mieściła się umywalka. W 2004 roku w pobliżu stało kilka ampułek z groźnymi substancjami. Nieopodal stała biała szafka, opatrzona czaszką z napisem „TRUCIZNA”. Z tym działem ZPW nie było żartów. Tutaj z pewnością przygotowywano odpowiednie proporcje odczynników potrzebnych w procesie barwiarskim.

Obrazek
Opuszczamy laboratoria. Przed nami mały przedsionek. Wyszliśmy z drzwi widocznych po prawej stronie. Po lewo mieści się niewielka toaleta. Na ścianie wiszą stare lampy, w murze tkwią kable i przełączniki elektryczne. W drzwiach są szyby. Miła odskocznia od tego, co zastaliśmy na niższych piętrach.

Obrazek
Toaletę pokryto różowymi płytkami. Znajdują się tu umywalka i sedes. Do kabiny prowadzą drewniane drzwi. Jedyne okno zamalowano. Pod parapetem straszą pozostałości kaloryfera. Sedes potłuczono. Być może elementy zastane na dachu hali, znajdującej się za oknem pomieszczenia, pochodzą właśnie z tego miejsca.

Obrazek
Skrzydło chemiczne na tym piętrze w zasadzie nie posiada jednego, szerokiego korytarza, biegnącego przez wszystkie pomieszczenia, jak miało to miejsce dotychczas. Tutaj przechodzi się od drzwi do drzwi przemierzając różne pokoje. Przechodząc przejściem widocznym z prawej strony, docieramy do małej izby, w której stoi spora szafa. Za nią widać stary przełącznik elektryczny. Wyjście znajduje się po lewej stronie, poza kadrem.

Obrazek
Kolejne, niezbyt foremne, ciemne pomieszczenie. Zielona farba nie ociepla wnętrza. Na ścianach nie ma żadnych śladów - podpowiedzi, co do przeznaczenia tego miejsca. Wydaje mi się, że pokój ten jest dość młody. Ścianki działowe są wąskie a instalacje elektryczne sprawiają wrażenie skrytych pod tynkiem. Proszę zwrócić uwagę na okna. W tej części budynku miały one aż sześć lufcików! Dwa duże, kwadratowe (na dole), wyżej dwa małe, prostokątne i dwa ogromne na samej górze. Dziwne rozwiązanie, bo w innych pokojach laboratorium znajdowały się najwyżej dwa lufciki!

Obrazek
Na jednej ze ścian pokoju znajdują się zamurowane drzwi. Nad nimi widać nierównomiernie nałożoną zieloną farbę. Z pewnością stał tutaj jakiś duży mebel. Gdyby przeniknąć przez mur, trafiłoby się do przedsionka małej hali. Wyjście z tego pomieszczenia mieści się poza kadrem, po prawej stronie. Znajdujemy się w pobliżu miejsca, gdzie skrzydło chemiczne styka się z częścią produkcyjną.

Obrazek
Zdjęcia prezentowane w niniejszej pracy pochodzą z różnych wizyt w ZPW. Za którymś razem pod oknem prezentowanego pomieszczenia zastałem ptasie gniazdo. Bezwietrzna, ciepła przestrzeń z pewnością dała schronienie wielu zwierzętom – ptakom, kotom, szczurom. Ujęcie to ukazuje również zachowaną posadzkę niewidoczną na powyższych fotografiach.

Obrazek
Piękny widok przez jedno z okien części chemicznej. Zadziwiające jak wiele umyka nam gdy oglądamy świat z poziomu chodnika. Nie sądziłem, że stary basen PZPB, znajdujący się w zasadzie w samym centrum miasta, jest tak duży. Dobrzynka płynie za wałem, po lewej stronie. Basen dziś służy już jedynie w celach wędkarskich. Wyobraźmy sobie, jak pięknie miejsce to wygląda wiosną, gdy wszystko rodzi się do życia…

Obrazek
Opuszczamy część chemiczną. Zmierzamy w stronę miejsca, gdzie budynek przybiera kształt litery „L”. Po drodze mijam zrujnowane zaplecze. Zawalona ścianka działowa, niesamowita wilgoć i resztki parkietu. To ujęcie nie przedstawia jednak tego, co znajduje się nad moją głową…

Obrazek
Goły mur zniszczony przez wilgoć i zardzewiałe pozostałości ścianki działowej. Wszystko to prezentuje wyjątkowo ponury nastrój po tym, co zastaliśmy w laboratorium chemicznym. Na szczęście tak wygląda tylko mały fragment fabryki – ten, gdzie budynek styka się z częścią produkcyjną.

Obrazek
Na krawędzi przedsionka leżą worki z resztkami tkanin. Wokół walają się tekstylne odpady, kable, resztki parkietu i gruzu z zawalonej ścianki działowej. Przypuszczam, że gdyby nie adaptacja murów pod centrum konferencyjno-hotelowe w ciągu kilku lat cała zabudowa prezentowała by podobny stan.

Obrazek
Styk skrzydeł: chemicznego i produkcyjnego. Pod nami dach dobudowanej hali. Na nim liczne śmieci wyrzucone z wyższych pięter „Pawelany”. W tym miejscu przebiegała instalacja spływowa. Rynny zniknęły legalnie bądź nie, już po likwidacji fabryki.

Obrazek
Żółta hala narożnikowa. Okna w tej części posiadają po trzy lufciki. Pod ścianą stoi spory stół wyposażony w gniazdka. W oknie po prawej stronie wciąż tkwi wentylator. Wzdłuż ścian przebiegają czerwone rury. Sala zachowała się całkiem dobrze.
Z pewnością większość mieszkańców Pabianic uważa, że po wyburzeniu potężnych filii PZPB przy Traugutta, Zamkowej, Grobelnej i Kilińskiego, w centrum, poza ciągiem budowli od rzeki Dobrzynki, po ulicę Strażacką, nie ma wielu śladów fabrycznej przeszłości. Słuszne stwierdzenie. Rzeczywiście z poziomu ulic Kilińskiego i Grobelnej nie widać nic, ponad biurowce, blokowiska i sklepy.
Jeżeli ktoś pragnie cofnąć się w czasie – zapraszam do narożnego okna. Widok absolutnie niespodziewany!

Obrazek
Głęboko za ulicą Grobelną skrywa się ocalała w niezmienionej formie zabudowa PZPB. Dziesiątki hal, wieżyczki, rurociągi, drogi wewnętrzne, instalacje parowe – od ulicy Grobelnej po Roweckiego i od Kilińskiego po Dobrzynkę! Obiekty są odsunięte od ulic. Dookoła nich rosną drzewa. Jadąc ulicą Grobelną widać budynki z cegły; nie zdradzają one ogromu zabudowy.
…I pomyśleć, że do 2000 roku połowa śródmieścia Pabianic wyglądała dokładnie tak, jak obraz ze zdjęcia! Tereny PZPB wciąż oświetlają stare latarnie. Tylko szum maszyn jakby ucichł…

Obrazek
Pożegnalne spojrzenie na część chemiczną. Tutaj już nigdy nie wrócimy. Zdjęcie ukazuje dość ponury widok narożnej hali. W rzeczywistości nie jest tam aż tak ciemno. Efekt ten wywołała lampa wbudowana w aparat – doświetliła jedynie najbliższą okolicę. Daleko w tle dostrzegamy zarys stołu, widocznego dwa obrazki wyżej. Za jednym z okien widać czerwoną krawędź marketu „Kaufland”. Może on służyć za punkt nawigacyjny.

Obrazek
Dotarliśmy do klatki schodowej. Jak zwykle – z jej poziomu daje się pójść dalej, do jednej z hal. Za klatką przebiega szyb windy. Na drzwiach znajduje się mozaika barw – historia malowań, jakie nosiły. Były szare, niebieskie, granatowe, żółte i zielone. Pomimo tego, że znajdujemy się na najwyższym piętrze fabryki wełny, schody prowadzą jeszcze wyżej.

Obrazek
Dalszą drogę umożliwia metalowa drabinka. Wąskie schody zachowano przy demontażu wyposażenia fabryki. Trochę dziwne – przecież ta stal musi sporo warzyć. W tej klatce schodowej nic nie sprawia solidnego wrażenia. Stopnie – o ile są, to popękane. Poręczy brak. Półpiętra zajmują liczne graty. Metalowa drabinka widoczna na zdjęciu sprawia dobre wrażenie. Jest porządnie przytwierdzona do podłoża i licznych punktów stycznych. Wchodzimy.

Obrazek
Z pozoru łatwe wejście okazuje się niezłą gimnastyką. Stopnie są strome i płytkie. Za moment znajdziemy się na metalowym półpiętrze. Z pewnością wieża w momencie budowy miała spełniać zupełnie inną funkcję, niż maszynownia dźwigu osobowo-towarowego. Widoczne na zdjęciu rozwiązanie zabudowy półpiętra jest dosyć doraźne.

Obrazek
Pnąc się w górę traci się orientację. Przyznaję, że byłem zdumiony, gdy zrozumiałem, że metalowe półpiętro to tylko jeden z poziomów dostępnych w wieży. Na wyższe partie budowli prowadzi metalowa drabinka ścienna. Na murze widać doskonale resztki jakiś mocowań. Piętro, zlokalizowane nad moją głową, mieści maszynownię windy.

Obrazek
Jesteśmy w maszynowni. Pod moimi stopami znajduje się ujście szybu windowego. Na jednej ze ścian tkwi skrzynka elektryczna. Widać także resztki instalacji. W podłożu nie ma wyraźnych śladów mocowań urządzenia. W jednym z kątów pomieszczenia leżały pełne pojemniki z olejem silnikowym. Na ścianie powyżej okna widać znamiona półpiętra, które musiało zakrywać maszynownię. Spróbujmy dostać się jeszcze wyżej.

Obrazek
Najwyższy osiągalny punkt ZPW „Pawelana”. Jak widać – pod sufitem znajduje się kolejne piętro. Widoczny otwór umożliwiał dostanie się na jego poziom. Pozostałości szyn na ścianie dowodzą, że wyższe piętro zajmowało całą szerokość wieży. Posiadało nawet własne okna. Właz w suficie umożliwia wyjście na dach. Ciekawi mnie pierwotne przeznaczenie tego obiektu. Z miejsca, w którym się znajdujemy, daje się wyjść na dach. Na moment wyjrzymy.

Obrazek
Widok na północ. Pomiędzy wywietrznikami i kominami, którymi uwalniano np. zużytą parę technologiczną, widać charakterystyczne elementy Pabianic. Na wprost – zabytkowe, białe rzeźby prząśniczek, zlokalizowane na dachu biurowca PZPB „Pamotex”. Przez wiele lat (za okresu PRL) rzeźby były zdjęte. Na szczęście stosunkowo niedawno wróciły na swoje miejsce. Po lewej stronie „kulisy” długiego budynku fabrycznego przy ulicy Zamkowej 4.

Obrazek
Po drugiej stronie, zza krawędzi dachu, wystają wieżyczki „Zamku”. Dalej stoi wciąż czynny komin jednej z ciepłowni miejskich, zlokalizowanej przy ulicy Rypułtowickiej. Po lewej stronie, na krawędzi zdjęcia, widać fragment budynku pabianickiej Polfy. Po zapadnięciu zmroku wszystko wygląda zupełnie inaczej.

Obrazek
Nocą dach fabryki wygląda jak wzburzone morze. Jasna, oświetlona sylwetka Zamku, wydaje się być statkiem, nad którym majaczy wąski maszt – w istocie komin ciepłowni. Gdzieś po prawej stronie załapały się także zabudowania zlokalizowane po drugiej stronie rzeki. Wszędobylski mrok pochłonął każdy zakątek ZPW „Pawelana”.

Obrazek
Korzystając z pobytu ponad poziomem dachu ZPW, zwracam uwagę na drugą, znacznie mniejszą wieżyczkę-nadbudówkę. Tam również znajdowała się maszynownia dźwigu. Konstrukcja jest nieco nadwyrężona. Nowsze cegły pod krawędzią spadzistego dachu zdradzają, że pierwotnie był on płaski.

Obrazek
Daleko w dole wciąż tętni życie. Jeżdżą samochody, kursują tramwaje, przechodzą ludzie. Pobyt w „Pawelanie”, stojącej przecież w samym centrum Pabianic, wzbudza dziwne uczucia. Wnętrze fabryki jest nienaturalnie puste i ciche. A tuż za murami – gwar, hałas, krzyki i nieustanny pęd.

Obrazek
Ta potężna, wolna przestrzeń, jeszcze kilka lat temu była zabudowana. Mieściła się tutaj ciepłownia PZPB. Dalej, na miejscu marketu „Kaufland”, stały hale PZPB. Do 2013 roku ocalał jedynie komin i budynek widoczny po lewej stronie. Odnowiony dzisiaj spełnia rolę użytkową. Obecnie znajdują się tam biura, sklepy, pizzeria.

Obrazek
Schodząc z wieży zaglądam do szybu windy. Z tej perspektywy nie wyróżnia się on żadnymi znakami szczególnymi. Na zdjęciu widać lampę, która oświetlała ciąg podczas pracy dźwigu. Na prowadnicy widać ślady smarów. Winda musiała być sprawna do końca funkcjonowania zakładu.

Obrazek
Opuszczamy klatkę schodową. Przechodzimy przez podwójne drzwi. Znajdujemy się w świetnie zachowanej hali produkcyjnej. Wszystkie okna są całe – dzięki temu farba nie odchodzi połaciami od muru. Z sufitu zwisają pozostałości instalacji elektrycznych. Zastanawiający jest układ lewego rzędu filarów. Być może stan ten wymusiły gabaryty maszyn zlokalizowanych w tym pomieszczeniu? Na końcu hali mieści się małe biuro wyposażone w gniazdko telefonu wewnętrznego.

Obrazek
Po raz kolejny spotykam się z zaskakującą pomysłowością zakładowych fachowców. Prowizoryczne gniazdko elektryczne! Ślady na ścianie zdradzają, że znajdował się tutaj prędzej kontakt natynkowy (zapewne czarny, starego typu).

Obrazek
Przy jednej ze ścian hali przebiegają izolowane rury, przewodzące parę. Ich ujścia mieszczą się na dachu. Wnętrze tego pomieszczenia pozwala wyobrazić sobie, jak wyglądały wszystkie hale produkcyjne w końcowym okresie działalności ZPW „Pawelana”. Ściana nad drzwiami prowadzącymi w dalszą część fabryki sprawia wrażenie lekko okopconej. Nic dziwnego – dalej znajduje się wypalona przestrzeń nad halą, którą strawił pożar.

Obrazek
Pomieszczenie, w którym się znajdujemy, jest nielicznym, gdzie wciąż występuje drewniany parkiet. W dolnej części „Pawelany” królowały metalowe płyty. Wyżej – wykładziny. Tutaj – drobne deseczki. Metal wywieziono na złom, wykładziny ściągnięto podczas demontażu wnętrz, parkiet zerwano. To dziwne, że tutaj przetrwał. Idziemy dalej – ponad spaloną przestrzeń.

Obrazek
Przed nami drzwi z numerem 76. Są ciężkie, kute blachą. Pod ozdobnym wizjerem wciąż znajduje się klamka i zamek. To chyba jedyne tak kompletne drzwi w zakładzie. Naciskając metalową klamkę, liczyłem się z tym, że stanę nad spaloną przestrzenią. Wiedziałem, że będzie niezbyt przyjemnie i niebezpiecznie. To, co ujrzałem za tym niepozornym wejściem, wprawiło mnie w osłupienie.

Obrazek
Drzwi opatrzone numerem 76 wyprowadziły nas w zasadzie… na dach! To tutaj ucina się drugie piętro skrzydła produkcyjnego. Jako, że po lewej stronie mieści się szyb windy – miejsce to zabudowano blachą. Niewiarygodne, że w tej jakże prowizorycznej budowli, znalazło się nawet miejsce na… kaloryfer! Haki, na których wisiał, widoczne są po prawej stronie drzwi do hali, z której przyszliśmy.

Obrazek
Między drzwiami numer 76 a szybem windy znajduje się malutki schowek w którym zalega kilka stołów. Wszystkie są zielone. W przeszłości mogły stać zarówno w halach produkcyjnych, jak i na stołówce.

Obrazek
Piętro niżej znajduje się wypalona hala. Nie napominałem prędzej, że obiło się to na stanie podłogi w niniejszym pomieszczeniu. Na zdjęciach wygląda to dosyć niepozornie. W istocie podłogi po prostu… nie ma! Resztki wypalonych belek podtrzymują blachę, która spadła z sufitu. Na jej powierzchni zalega gruz i śmieci. Całość jest jednak na tyle mocna, że utrzymuje ciężkie stoły, widoczne w tle. W kilku miejscach znajdują się jednak potężne wyrwy, których lepiej nie przekraczać. Zwęglone belki nie są idealną podporą dla człowieka.

Obrazek
Okienko w blaszanej nadbudówce wybiega na wprost szybu windy. Zdjęcie to pokazuje, że budowla się niemal dosłownie rozpadła. Lekkie płaty blachy zwisają bezwładnie z góry. W tle zabudowania PZPB. Po prawej stronie znajduje się spadzisty dach, zabudowany w miejscu nieistniejącej już hali.

Obrazek
Stalowy dach nad spaloną halą. Niegdyś w tym miejscu był ciąg dalszy zabudowań przemysłowych – z pewnością mieściła się tutaj taka sama sala, jak te, zlokalizowane niżej. Do pożaru dach kryty był blachą. W późniejszym okresie poszycie dachowe zniknęło. W 2005 roku już go nie było.

Obrazek
Zaglądamy do szybu windowego. Z nierównomiernej dziury na górze wybiegała stalowa lina. Przez dwa otwory po lewej stronie przebiegały grube przewody zasilające kabinę. Tamtędy przebiegał również przewód, wysyłający impulsy z konsoli sterowniczej w wagoniku. Na prowadnicy widać wyraźnie poziom, do którego dochodziła kabina dźwigu.

Obrazek
Skrzynka zlokalizowana przy drzwiach wiodących do klatki schodowej zlokalizowanej w pobliżu szybu windy. Mieściły się tutaj „klucze zapasowe”. Trudno określić, czy chodziło – dosłownie – o dodatkowe, zapasowe klucze do poszczególnych hal, czy też o klucz do „drzwi zapasowych”, zlokalizowanych obok skrzynki.

Obrazek
Małe, szablonowe „zapasowe” tabliczki. Wydaje mi się, że „drzwi zapasowe” oznacza to samo, co współcześnie „awaryjne wyjście ewakuacyjne”. Określenie zastane przy tym przejściu do klatki schodowej brzmi dość dziwnie. Co naprawdę miał oznaczać ten napis – nie dowiemy się już nigdy.

Obrazek
Znajdujemy się w „dziurawej” klatce schodowej. To ta, w której tkwi ogromna wyrwa w stopniach. Schody te prowadziły wyżej – do poziomu drugiej nadbudówki - maszynowni windy. Tutaj nie ma żadnej drabinki wiodącej wyżej. Z dołu widać jedynie, że w nadbudówce znajdują się jakieś drzwi.

Obrazek
Widoczny otwór z pewnością umożliwiał wejście do maszynowni. Z tej strony nie ma żadnych wyraźnych śladów po schodach. Nie zauważyłem również drabinki ściennej. Wygląda na to, że jedyną możliwością dostania się do wieżyczki jest posiadanie własnej drabiny. Zawsze pozostaje jeszcze inna możliwość – wejście z poziomu… dachu.

Obrazek
Wnętrze wieżyczki nie skrywa żadnych wyjątkowych tajemnic. Widoczne, wiszące w powietrzu półpiętro, musiało być podporą jakiejś drabiny wiodącej na wyższe partie budowli. Bez odpowiedniego sprzętu nie da się tam dotrzeć. Pod drewnianym dachem mieści się sporo instalacji elektrycznych.
Tymczasem schodzimy „dziurawymi” schodami na dół. Musimy ominąć brakującą część trzeciego piętra. Udajemy się przez spaloną halę, prosto do „kręconych” schodów, które zaprowadzą nas do urokliwej części budynku administracyjnego.

Obrazek
Po wejściu na trzecie piętro trafiamy do korytarza biegnącego przez oś poziomu. Początkowo go ignorujemy i kierujemy się prosto – do pomieszczenia widocznego na zdjęciu. Niestety – trudno orzec, co się tutaj mieściło. Mogły to być zarówno toalety jak i natryski. Po prawej stronie mieści się kilka „boksów”. Nie posiadają one jakichkolwiek śladów drzwi, przez co szala prawdopodobieństwa przechodzi na korzyść natrysków. Kierujemy się dalej.

Obrazek
Następne pomieszczenie jest jeszcze bardziej zagadkowe. Do pewnego poziomu pokryte jest białą płytką, z sufitu zwisają instalacje elektryczne i wentylacyjne. Na ścianach i podłodze nie ma żadnych pozostałości po rurach, zaworach czy odpływach. Zakładając, że w pomieszczeniu obok mieściły się natryski, można sądzić, że było tutaj coś w rodzaju przebieralni wyposażonej w szafki. Kawałek dalej mieścił się aerobik. Brak śladów przeszłości powoduje, że raczej nigdy nie dowiemy się jakiego przeznaczenia było to pomieszczenie.

Obrazek
Przechodzimy do następnego pomieszczenia. Jest nim prostokątna, obszerna sala. Wnętrze pomalowano w kolorowe, pastelowe barwy. Prawdopodobnie przestrzeń była najmowana pod jakąś działalność usługową – zapewne to właśnie tutaj mieścił się klub aerobiku? Na szczególną uwagę zasługuje wyjątkowa konstrukcja belek, wspierających dach. Niestety, nieszczelność dachu spowodowała liczne zacieki i wilgoć. Przejdźmy nieco dalej.

Obrazek
Zbliżamy się do przedsionka umożliwiającego przejście do małego korytarzyka, o którym wspomniałem na samym początku. Przeciwległa ściana została zabudowana w sposób przypominający pruski mur. Brniemy dalej. Mijamy przejście i dostajemy się do obszernego pomieszczenia w tle.

Obrazek
Trzcie piętro w budynku administracyjnym wyposażono w efektowne świetliki dachowe. Znajdują się one wyłącznie od strony ulicy Lipowej. To zdjęcie pokazuje dokładnie jak to wygląda. Okno dachowe znajduje się w wystającej poza obrys dachu kopule. Ślady „łatania” sufitu sugerują, że dach przeciekał już za czasów, gdy pomieszczenie było użytkowane. Zostawmy jednak kwestię okien i sufitu. Rozejrzyjmy się po salce.

Obrazek
Pomieszczenie jest w miarę równomierne. Przylega bezpośrednio do krawędzi budynku administracyjnego – łukowe okna skierowane są ku ulicy Lipowej. Po prawo – Zamkowa. Pod nami znajduje się sala konferencyjnaNieopodal mieściło się studio słynnego pabianickiego zespołu Proletaryat. To tutaj rozbrzmiewały takie pieśni jak „Ziemi sól”.
„Ole, Ziemi naszej sól! Brudnych dzielnic i zapadłych dziur! To hołota – mówią o nas tak! Kto z nas wygra – to pokaże czas!” – oj pokaże, pokaże.

Obrazek
Warto na moment spojrzeć w górę na prawdziwe arcydzieło architektoniczne. Już rzadko kiedy spotyka się takie konstrukcje. Jeżeli już są – skrywają się przeważnie na niedostępnych dla ciekawskich oczu poddaszach. To właśnie te belki, łukowate okienka i kręcone schody sprawiają tutaj domowy, poddaszowy klimat. Sufit i belki obito płytą pilśniową. Widać tutaj także fragment czerwonej rury oraz wywietrznik dachowy.

Obrazek
Następnym punktem naszej wędrówki jest malutki pokoik niewiadomego przeznaczenia. Znajduje się tutaj wyłącznie wąski fundament jakiegoś urządzenia (?). Na uwagę zasługuje także niski parapet. Z wiadomych względów kaloryfer się tam nie zmieścił. Umieszczono go tutaj nietypowo, na prawej ścianie. Za oknem widać fragment Parku im. J. Słowackiego, zlokalizowanego po drugiej stronie ulicy Zamkowej. Nie potrafię ocenić, jaką funkcję spełniało to pomieszczenie.

Obrazek
Przechodząc do jednego z pomieszczeń, wyglądamy przez okno, skierowane w stronę podwórza fabryki. Z tego miejsca widać całą mieszankę architektoniczną ZPW „Pawelana” – esencja tej fabryki. Czerwona cegła przeplatana drewnianymi łącznikami. Daleko w tle znajdują się okna „skrzydła” chemicznego. Niedawno tam byliśmy.

Obrazek
Urokliwy, niknący już styl fabryczny. Czerwona cegła, ozdobne gzymsy, małe, półkoliste okienka – w tym można się zakochać. Styl absolutnie wyjątkowy. Przez minione dziesięciolecia zniszczono tysiące takich budowli. Ocalałe fabryki nikną i – z pewnością – będą zanikać nadal. Za kilkanaście lat zachowane budowle będą zachwycać niepowtarzalnym klimatem. Mało które miasta mogą pochwalić się tak dużą ilością fabryk z czerwonej cegły. Łódź i Pabianice wciąż posiadają „wewnętrzne miasteczka” manufaktur – miejsca (niegdyś) samowystarczalne, posiadające własne źródła energii, wewnętrzne drogi, składające się z dziesiątek budynków zbudowanych w unikalnym stylu. Niektóre zabytki bezmyślnie zburzono. Inne, w tym „Pawelana”, przetrwają.

Obrazek
Przytulny pokoik „na poddaszu” zakładu. Znajdujemy się w pomieszczeniu, do którego da się dojść z poziomu głównego korytarza. Pod sufitem przebiega instalacja grzewcza. Widać też zawór oraz miejsce, skąd wymontowano kaloryfer rurowy. W ścianę wbudowany jest nieczynny, zamalowany wywietrznik. We wnęce po lewej stronie (poza kadrem) znajduje się półka.

Obrazek
Półka, o której wspomniałem pod powyższym zdjęciem. Zbudowano ją z wykorzystaniem wnęki, która może być pozostałością po jakimś przejściu. Na wykładzinie leży metalowa rura. Ciężko określić, skąd ten przedmiot się tutaj wziął.

Obrazek
Trzecie piętro budynku administracyjnego nie zawija się w stronę skrzydła socjalno-technicznego, tak jak miało to miejsce na niższych poziomach. Najwyższe piętro ma tylko cztery okna wybiegające w stronę rzeki. Idąc tam, po raz kolejny ulegam pokusie wyjrzenia przez okno. Tym razem fabrykę pokryła malownicza śnieżna powłoka.

Obrazek
Przechodzimy przez „wesołe” drzwi. Ścianka, w której się znajdują, nie dochodzi pod sam sufit. Przestrzeń tą uzupełniono metalową siatką. Wystrój i kolorystykę wnętrza pokoju utrzymano w takim samym stylu, jak większość innych pomieszczeń w tej części budynku, co świadczy że większość izb wynajmowano pod aerobik. Za moimi plecami mieści się klatka schodowa. Po lewej stronie znajdują się ostatnie pomieszczenia, które odkryjemy w ZPW „Pawelana”. Nim to uczynimy, zerknijmy na schody.

Obrazek
Klatka schodowa. Jej stan wydaje się pogarszać z każdym następnym piętrem. Wyżej się nie dojdzie. Widoczne zniszczenia wywołała głównie wilgoć, spowodowana brakami w oszkleniu okna. W tle widać fragment mostu nad rzeką Dobrzynką. Wracamy na górę.

Obrazek
Fatalny stan ścian udzielił się także tutaj. Klatka schodowa mieści się za przejściem widocznym w tle. Pomieszczenie, w którym się znajdujemy dowodzi, że budynek był w fatalnym stanie jeszcze za czasów funkcjonowania ZPW „Pawelana”! Zieloną farbę naniesiono już ewidentnie na gołą cegłę. Nie ulega wątpliwości, że zniszczenia zastane w tej części budynku wytworzyły się w czasie dłuższym, niż sześć lat pomiędzy zamknięciem fabryki a wykonaniem powyższego zdjęcia. Cóż dziwnego w tym, że każdy doskonale zapamiętał wizytę w ZPW… „Fabryka to ruina”. Według relacji świadków w tym miejscu mieściła się sala zespołu „Proletaryat”.

Obrazek
Zbliżamy się do końca naszej wycieczki. Przed nami druga strona pomieszczenia z poprzedniego zdjęcia. Tutaj wszystko prezentuje się nieco lepiej. Nastroju dodaje wąska ścianka działowa z łukowym przejściem. Pod sufitem zwisają resztki oświetlenia. Teraz przejdziemy przez widoczny przedsionek.

Obrazek
Ostatnie pomieszczenie na trzecim piętrze budynku administracyjnego ZPW. Przyjemne barwy nieco ocieplają to miejsce. Kabiny po lewej stronie mieściły toalety. Prawdopodobnie we wnęce po prawej stronie znajdowały się natryski. Widoczne są otwory po rurach odpływowych.

Obrazek
Nim opuścimy tę cześć budynku, przyjrzyjmy się wszystkim rodzajom okien, jakie się tutaj znajdowały. W części budynku, biegnącej wzdłuż rzeki, zabudowane są specyficzne konstrukcje. Były to dosyć wysokie, trójdzielne okiennice. Wewnątrz znajdowały się metalowe okna kratownicowe. Niestety nie potrafię odtworzyć ich dokładnego wyglądu. Przypuszczam, że posiadały jeden lufcik – w środkowej części.

Obrazek
Większość okien w tej części budynku ma formę półkolistą. Drewniana rama mieściła osiem rzędów szybek. Okiennice wyposażono w małe, otwierane lufciki, zamykane na zasuwę lub haczyk. Okna wybiegające na ulicę Zamkową oraz podwórze fabryki mają typową, drewnianą, prostokątną formę z zaokrągloną górną krawędzią.

Obrazek
Trzeci, ostatni typ okna na „strychu” ZPW. Świetliki dachowe wykonano z dziewięciu prostokątnych szybek, umieszczonych w wąskiej, metalowej ramie. Okien nie wyposażono w żaden mechanizm uchylny. Wszystkie zachowały się do momentu przebudowy obiektów.

Obrazek
Na zakończenie przechodzimy korytarzykiem, o którym niejednokrotnie już wspominałem. Przebiega on przez środek piętra. Po prawej stronie mieszczą się pokoiki (między innymi ten, w którym leżała metalowa rura). Po lewej stronie jest kolorowa sala oraz pomieszczenia pokryte kafelkami. Przenikając przez ścianę na końcu korytarza znalazłbym się w sali przylegającej do ulicy Zamkowej. Skręcając w prawą stronę dotarłbym do klatki schodowej i zniszczonych przez wilgoć pomieszczeń. W tym zaciemnionym korytarzu stoi stół. Z sufitu zwisają instalacje elektryczne. Jestem bardzo ciekawy, jak to miejsce wyglądało przed 2004 rokiem.

Obrazek
Nasza wycieczka dobiegła końca. Nim jednak na dobre opuścimy mury ZPW „Pawelana”, przejdźmy się, po raz ostatni, po fabryce. Poczujmy jej ogrom i zapach pozostający w niektórych halach. Mury, które niegdyś drżały od pracy maszyn, stoją puste i gniją. Gdzieniegdzie widać resztki dawnej przeszłości. W licznych kałużach i lustrach odbija się historia, dawna potęga Zakładów Przemysłu Wełnianego „Wolana”.

Obrazek
Zgodnie z niepisaną tradycją, po zakończonej wizycie udajemy się do sali konferencyjnej, gdzie już czeka zaserwowane piwo. Tutaj można oddać się przemyśleniom. „Co by było, gdyby…”
Jak to miejsce wyglądało kilkanaście lat temu?
Co mieściło się w zagadkowych pomieszczeniach?

Obrazek
Miasto widziane przez okna fabryki wygląda jakby ładniej. Nie widać brudu oraz bazgrołów na elewacjach budynków. Dużo lepiej dostrzegalna jest miejska zieleń. Obecnie ponownie z okien tych wyglądają różni ludzie – bywalcy restauracji, pływacy, lokatorzy hotelu czy pracownicy biur.

Obrazek
„Za kratami rzeczywistości” – tak zatytułowałem to zdjęcie na długo przed tym, gdy miasto ogarnęła wieść o reaktywacji obiektów po ZPW. W istocie powiedzenie to pozostaje wciąż aktualne. Hala, z której wykonałem zdjęcie, jak i kładki łączące dwa skrzydła już nie istnieją. Spalona część, widoczna po lewej stronie uległa zburzeniu. Tego już nie ma. Wprawdzie „Pawelana” bez drewnianych łączników to już nie to samo, niemniej czas się otrząsnąć z maniakalnego snu o produktywności tego miejsca. Tamte czasy już bezpowrotnie minęły.

Wygląda na to, że nasza podróż dobiegła końca. Jest jeszcze coś. Kulisy moich badań, podziękowania.


Obrazek

Zakończenie

Na zakończenie kilka słów – kulisy badań, podziękowania, anegdoty, bibliografia, czasy obecne.
Niektórzy pabianiczanie mówią, że „jeśli się znowu rodzić – to tylko tutaj”. Inni propagują zupełnie odmienne hasło; żartują, że „Łódź jest szarym, upadłym miastem, ponieważ leży zbyt blisko Pabianic”. Dużo w tym przesady. Patrząc obiektywnie – minione dwudziestolecie diametralnie zmieniło gospodarkę całej aglomeracji łódzkiej. W okolicznych, młodszych miejscowościach, roiło się od tkalni i przędzalni. Przemysł tekstylny budował potęgę tego regionu. Fabryki zatrudniały tysiące mieszkańców. Po ich upadku – zapanowało bezrobocie, nieład. Odnoszę wrażenie, że skutki tamtych wydarzeń są widoczne do dzisiaj. Ludzie przywykli do niskich pensji i miejskich szarości. Każdego dnia w centrum miasta mijamy kilka opuszczonych zakładów, widzimy resztki przeszłości – fabrycznych domów kultury, ogrodów działkowych, stołówek. Ciężko uwierzyć, że tak potężną infrastrukturę zrujnowano w ciągu zaledwie kilku lat. Przecież budynki fabryczne – nawet po likwidacji zakładów – mogły dalej pełnić swoje funkcje użytkowe!
Od 1997 roku Pabianice zyskały wiele supermarketów. Zdecydowana większość stanęła na terenach pofabrycznych. Na szczęście po latach zrozumiano, że w zabudowę industrialną można z powodzeniem inwestować. Dzięki temu okazałe budynki upadłej kilka lat temu „Pabii” wciąż cieszą oko. Dziś znajdują się tam pomieszczenia użytkowe – pizzeria, magazyny, sklepy, biura, sala zabaw. Wykorzystanie chociaż połowy powierzchni budynków chroni je przed destrukcją.
Warto spostrzec, że w mieście wciąż istnieje kilka potężnych starych fabryk – największe są zakłady farmaceutyczne AdaMed Pharma (dawna Polfa Pabianice) mieszczące się w kwadracie ulic: Konstantynowskiej, Partyzanckiej, Piłsudskiego, Konopnej, Garncarskiej, oraz Lumileds Poland (dawny Philips Lighting Poland oraz Polam). Istnienie tych fabryk wydaje się niezagrożone, chociaż przeszłość pokazała, że wystarczy jedno potknięcie, by zakład otrzymał śmiertelną ranę, na którą nie ma żadnego lekarstwa.

Kulisy

Na początku pracy wyjaśniłem, skąd wzięło się we mnie zamiłowanie do zabudowy fabrycznej. Zabierając się za opis ZPW „Pawelana” nie sądziłem, że sprawi to tyle problemów. Zagłębiając się w każdy szczegół odkrywałem coraz więcej tajemnic wiążących się z dziesiątkami pytań bez odpowiedzi. Najbardziej frapujące są daty – kiedy i dlaczego dobudowano daną część, co spowodowało wyburzenie niektórych obiektów, jakie funkcje spełniały poszczególne miejsca? Niejednokrotnie zmuszony byłem badać każdy centymetr muru, na którym mogły kryć się cenne wskazówki. Niekiedy szło jak po płatku, czasami trzeba było się pogłowić niejednokrotnie zdając się na intuicję i doświadczenie. Nieoceniona okazała się pomoc płynąca z nielicznych zdjęć archiwalnych wykonanych w okresie likwidacji „Pawelany”, zdjęć prasowych z ważniejszych wydarzeń (kradzież chemikaliów, pożar, zamknięcie produkcji) oraz wspomnień kilku ludzi, którzy mieli styczność z tą fabryką w różnym okresie funkcjonowania – od 1968 do 2003 roku. Wiele rzeczy opisałem na podstawie własnych przeżyć – przewinąłem się kilka razy przez zabudowę ZPW za czasów produkcji. Nie były to zbyt dogłębne wizyty, pozostawiły jednak pewien ślad w mojej pamięci. Do końca życia będę wspominać specyficzny zapach barwiarnii.
Dawni bywalcy „Pawelany” wspominają to miejsce ze szczególnym sentymentem. Relacje tych osób zawierają jeden wspólny element – prawie każdy wspomina o „wytartych schodach i ponurych pomieszczeniach”. Ktoś dodał, że ZPW „Pawelana” i PZPB „Pamotex” były od zawsze silnie ze sobą powiązane – i nikogo nie zdziwiło, że upadek jednej fabryki zbiegł się z likwidacją drugiej. „Pawelana” przetrwała kilka miesięcy dłużej niż PZPB. Można to tłumaczyć mniejszą powierzchnią (a co za tym idzie – mniejszym długiem wynikłym z eksploatacji maszyn, pary, prądu, pracowników).
Trafiłem na życzliwych ludzi rozumiejących moje zamiary i chętnie niosących pomoc. Niektórzy dziwili się, że zadaję bardzo szczegółowe pytania – bez tego niniejsza praca nie byłaby tak prężna. Każda drobnostka jest ważna. Z każdym dniem nikną ślady przeszłości. Cieszę się, że udało mi się uchronić przed zapomnieniem cząstkę fabrycznej przeszłości Pabianic.
W „Pawelanie” pierwszy raz „na lewo” byłem kilka miesięcy po pożarze. To, co wówczas tam zastałem, było przerażająco interesujące. Widząc fascynację w oczach moich ówczesnych towarzyszy, wiedziałem, że jeszcze tam wrócę. I wróciłem. Wówczas pojawił się pomysł opracowania dokładnego opisu tego ginącego miejsca. Zbieranie informacji trwało kilka lat. Szczególnie ciężki był okres końcowego składania pracy – selekcja setek zdjęć, wybieranie najlepszych ujęć, wertowanie notatek, dokumentów i – w końcu – końcowe opisywanie i korekta, zabrały mi kilka tygodni pracy. Niewielkie ilości snu, hektolitry kawy, kilometry dodatkowych, „uzupełniających” spacerów po ulicy Lipowej – tak wyglądał grudzień 2010 roku. Wówczas do ZPW nie dawało się już legalnie wejść. Na szczęście trafiłem na ludzi, którzy wykonywali tam przeróżne prace adaptacyjne i byli w stanie odpowiadać na zadawane im pytania (tajemnica sejfu w jednym z pomieszczeń biurowych do końca pozostała nierozwikłana).
Tekst na bieżąco kontrolowałem pod względem potencjalnych błędów. Nie jestem niestety nieomylny i z pewnością coś mi umknęło. Niekiedy można patrzeć na zdanie i nie dostrzec wyraźnego błędu. Najlepiej tworzyło mi się w godzinach nocnych – od 21:00 do 7:00. Cisza pozwalała na odpowiednie skoncentrowanie. Niektórych odkryć dokonałem zupełnym przypadkiem, pod wpływem nagłego olśnienia, przeglądając zdjęcia, na które prędzej patrzyłem dziesiątki razy. Pracę umilała mi spokojna muzyka uzależniona od nastroju. Po spisaniu pierwotnej wersji „alfa” pliki trafiły na dysk, gdzie przeleżały latami, do końca 2015 roku. W międzyczasie założyłem rodzinę, zająłem się aktywnym życiem zawodowym, wyjechałem za granicę. Od czasu do czasu tęskno mi było za monografią Zakładów Przemysłu Wełnianego w Pabianicach. Zacząłem docierać do kolejnych osób związanych z przeszłością fabryki i w ciągu kilku nocy złożyłem obecną wersję opracowania, która z pewnością nie jest ostateczna, gdyż wciąż wiele rzeczy pozostaje tajemnicą.
Podczas „archeologii” fabrycznej czuję się trochę tak, jakbym opisywał wrak RMS „Titanic”. W wielu przypadkach jestem zdany wyłącznie na siebie. Wierzę jednak, że mój trud wywoła kilka serdecznych uśmiechów, skrywających setki wspomnień z lat „Ziemi Obiecanej”…

Co by było, gdyby…

…gdyby Ryszard K. nie kupił udziałów fabryki, ta jednak by się utrzymała sama.
Wówczas „Pawelana” mogłaby podzielić losy „Pabii”, która po przeinwestowaniu w produkowany towar zgłosiła upadłość, po czym syndyk sprzedał jej powierzchnię pod działalność usługową. Po rządach K. fabrykę rozkradziono i zniszczono w niespodziewanie szybkim tempie. Wszystko przyspieszył pożar, do którego nie doszłoby, gdyby zakłady utrzymywały produkcję. Czy jednak wszystko co złe jest winą pana Ryszarda? Patrząc na to z perspektywy lat, gdy gorączka wokół fabryki opadła, stwierdzam, że ten człowiek nie miał całkowicie złych intencji. Przecież KUPIŁ większość udziałów fabryki. Chciał wznowić produkcję, dać pracę. Niestety – nie przewidział, że to będzie tak trudne. Stracił mnóstwo pieniędzy, a do tego trafił na wokandę. Uciekł. Przedłużył agonię fabryki o kilka miesięcy. Musiał wierzyć, że inwestycja się zwróci (w sposób uczciwy lub nie). W przeciwnym razie nie wydałby pieniędzy na tą fabrykę!
Media podają, że był oszustem. Po „Pawelanie” zalegał pieniądze także w innym miejscu. Gdyby jednak Ryszard K. nie kupił ZPW, zamknięcie fabryki byłoby z pewnością jedynie kwestią tygodni. Budynki zakładu w latach 2002-2003 prezentowały się niezbyt dobrze, niemniej dużo lepiej, niż do 2010 roku (idealnie obrazują to słowa dziedzica założyciela kompleksu – „fabryka to ruina”). W przypadku, gdyby utrzymano to miejsce w stanie czynnym, konieczne remonty musiały by kosztować setki tysięcy złotych.

…gdyby PZPB nie odciął dopływu pary technologicznej.
Brak pary, potrzebnej do funkcjonowania fabryki, był poważnym ciosem dla ZPW. „Pamotex” nie miał innego wyjścia. Sam walczył o przetrwanie. Gdyby jednak pary nie odcięto… Kilka miesięcy później PZPB zbankrutowałby i tak – skończyłoby się na zamknięciu wszystkich oddziałów „Pamotex-u”, w tym także ciepłowni. No chyba, że przejęłoby ją miasto Pabianice. Biorąc jednak pod uwagę to, że po likwidacji PZPB budynkami ciepłowni nikt się nie zainteresował, szansa ta jest dość nikła. Miasto Pabianice generuje wystarczającą moc grzewczą z już istniejących dwóch miejskich ciepłowni.

…gdyby w 2002 roku znalazły się pieniądze na spłatę długów Zakładów Przemysłu Wełnianego.
Nie widzę większych szans na uratowanie ZPW w takiej formie, w jakich występowały do 2004 roku. Jak napisałem powyżej – bez pary „Pawelana” i tak nie mogła funkcjonować nie ponosząc znacznych inwestycji. Można było spróbować przekształcić zakład na inną specjalizację lub spółkę pracowniczą. To wiązałoby by się jednak z kolejnymi kosztami.
Podłączenie pod inną ciepłownię było nierealne podobnie jak wykupienie obiektów po PZPB. Być może ratunkiem dla „Pawelany” mogło być zachowanie cząstkowej, ryzykownej, zawężonej produkcji (tak, jak ma to miejsce w nadal istniejącej filii przy ulicy Dąbrowskiego 23/25) oraz masowe dzierżawienie powierzchni użytkowej. Wszystko spuentuję słowami prezesa „Pamotex-u” – „trzeba mieć dużo odwagi, wiary (…) by w bardzo trudnej sytuacji rynkowej zaczynać inwestycję w branży tekstylnej”.

…gdyby budynki wyburzono.
Wówczas z pewnością stanąłby tam kolejny market lub centrum handlowe.

Dnia pewnego w „Pawelanie”…

Podczas wielu eskapad badawczych w murach fabryki spotykały mnie bardziej lub mniej ciekawe wydarzenia.
Pewnego ciepłego dnia, przechadzając się po Parku Słowackiego, gdzie dokumentowałem pozostałości rurociągu ciepłowniczego, dostrzegłem pewien przedmiot skryty w krzakach. Z pewnością nie zwróciłbym na niego większej uwagi, gdyby nie skrawek znajomo wyglądającej tkaniny. Drewniana skrzynka zawierała fabrycznie nowe wyroby z „Pawelany”! Był tam kłębek posrebrzanej wełny, szpula nici, kawałki tkaniny, dokumenty i stara żarówka rtęciowa. Skrzynka sama się tam nie teleportowała i nie skryła w krzakach. Sądząc po śladach, leżała już bardzo długo. Być może zostawili ją tam jacyś „kolekcjonerzy”.
Innym razem, przechadzając się samotnie ulicą Lipową, niechcący przeszkodziłem zakochanej parze, całującej się przy oknie jednej z hal na piętrze. Wydaje mi się, że pofabryczna sceneria nie jest zbytnio romantyczna czy przytulna. Co innego panuje na trzecim piętrze biurowca lub w wieży, gdzie sam oddawałem się pewnym czułościom.
W opracowaniu kilka razy wspominałem o „Duchu Pawelany”. Rzeczywiście, mit wciąż żywy. Ludzie mają wyobraźnię, lecz w każdej legendzie tkwi ponoć źdźbło prawdy. Przebywając samotnie, w ciemnej aurze, będąc niejako okolonym ze wszystkich stron trzema piętrami zakładu straszącego czarnymi, wypalonymi oknami, można czuć się co najmniej dziwnie. Każdy szmer odbierany jest ze zdwojoną siłą, natomiast liczne cienie przy oknach mogą imitować ruch. Artystyczna gra światłocienia powoduje, że na niektórych zdjęciach można dostrzegać białe łuny pośrodku ciemnych hal. Przebiegające od czasu do czasu szczury również potrafią porządnie wystraszyć. Pragnę zaznaczyć, że czasami czarne widmo w oknie było autentyczne! Zdarzały się sytuacje, że do „Pawelany” zaglądały jednocześnie dwie grupy ludzi. Przez pewien czas po ZPW krążyli też amatorzy paintballu uzbrojeni w pistolety na kulki z farbą. Miłośnicy tego sportu spotykali się tam dość regularnie do 2007 roku. Niezapomnianym wydarzeniem sprzed kilku lat był pewien sylwester (tak, tak – spędziłem go w „Pawelanie”). Siedząc wówczas w sali konferencyjnej, nieopodal podestu-sceny, postanowiłem przemieścić się do okolicznej hali – tej, do której wbiega długi korytarz, biegnący przez całą fabrykę. Siedząc wygodnie w fotelu, racząc się szampanem, spoglądałem daleko przed siebie. Na samym krańcu korytarza, głęboko w tle, mieściło się okno; za nim stała latarnia uliczna, oświetlająca koniec traktu komunikacyjnego. W pewnej chwili wydawało mi się, że widziałem tam jakiś cień. Po chwili zmożonej uwagi uznałem, że to tylko jakiś refleks świetlny płynący z ulicy Grobelnej. Gdy sytuacja się powtarzała, nie przestałem spuszczać z oczu punktu na końcu korytarza. W pewnej chwili ujrzałem tam bardzo wyraźną sylwetkę człowieka trzymającego w ręku butelkę piwa! Cień poruszał się bardzo powoli lecz zdecydowanie. No i mamy „Ducha Pawelany”! Zaskoczenie wynikłe z tego, że w środku nocy, wewnątrz zabudowy, prócz mnie i osób towarzyszących, znajduje się jeszcze inna grupa ludzi, było dosyć duże. Miałem jednak dużą przewagę – wiedziałem, że oni tam są. Ja pozostawałem niewykryty. Dzięki temu pobawiliśmy się potem w „ciuciubabkę”.
Bardzo osobliwy był przypadek, gdy stałem za drzwiami jednej z bram. W furtce mieścił się typowy, suwany wizjer. W pewnej chwili dostrzegłem, że… po drugiej stronie stoi człowiek, zaglądający przez ten otwór! Chęć psoty była silniejsza i wykorzystałem efekt zaskoczenia do tego, by czmychnąć mu tuż przed nosem. Jego przerażona, wystraszona mina – bezcenna. Odszedł jak wystrzelony z procy!
…i potem się dziwimy mitami o „Duchach”?
Masa zdjęć i sporządzone szkice pomieszczeń sprawiły, że poznałem fabrykę lepiej, niż własny dom. Z uśmiechem wspominam sytuację, gdy pewnego razu, w zupełnej ciemności, szedłem jak zahipnotyzowany przez farbiarnię na parterze. Osoba, która mi towarzyszyła, świecąc sobie latarką pod nogi i co chwila się potykając o otwarte kanały i gruz, nie mogła zrozumieć, jakim cudem ja, idąc bez oświetlenia, sprawnie, machinalnie omijam każdą pułapkę w podłodze. Do dzisiaj byłbym w stanie iść „na pamięć” z zamkniętymi oczami przez tamte hale. Raz się jednak na tym boleśnie „przejechałem”. Wydarzenie to miało nieco symboliczne znaczenie. Wydarzyło się w dniu, gdy wiedziałem, że odwiedzam ZPW po raz ostatni. Wkrótce zakład miał przejść adaptację. Zajrzałem do „Pawelany” zupełnie przypadkiem. Chciałem się „pożegnać”. Było ciemno. Szedłem na pamięć. Przecież znałem te obiekty jak nikt inny! Już na dziedzińcu fabryki po zwiedzeniu wnętrz, kierując się do wyjścia na ulicę, nie przewidziałem, że ktoś mógł ukraść pokrywę jednego z kanałów… Kanał miał metr średnicy i niecałe dwa metry głębokości. Niestety większość otworu wypełniał szlam. Po wpadnięciu do wnętrza, krawędź ziemi znajdowała się w zasięgu moich rąk. Wewnątrz pływało mnóstwo wszelakiego świństwa. Na szczęście, zgodnie z powiedzeniem, że głupi ma zawsze szczęście, błyskawicznie udało mi się wydostać na powierzchnię. Wszystko zawdzięczam temu, że nie byłem tam sam i pomoc napłynęła natychmiastowo. Bez pomocy przemókł bym do reszty. Zziębnięty i śmierdzący z wielkim wstydem wróciłem do domu. W taki sposób „Pawelana” się ze mną pożegnała. Od tamtego wydarzenia minęło wiele lat. Nigdy później nie byłem wewnątrz fabryki. Oczy trzeba mieć zawsze szeroko otwarte. Nie można polegać wyłącznie na własnych instynktach. Trzeba zachować odpowiednią czujność i trzeźwość umysłów.
Trzeźwość. Incydenty spożywania alkoholu w „Pawelanie” były marginalne, co nie znaczy, że nie występowały wcale. Sam nie uchodziłem tutaj za świętobliwość. Przyjąłem zasadę, że w dniach, gdy wykonywałem najwięcej pracy na terenie zakładu (inwentaryzacja pomieszczeń, zbieranie wszelkich śladów pierwotnego wyglądu obiektów) zajęcia kończyłem… w kuchni i/lub sali konferencyjnej. Tam piłem jedno, symboliczne piwo. Naturalnie abstynencję zniosłem też podczas wizyty w sylwestra wiele lat temu (tradycyjny szampan). Nie boję się teraz przyznać, że nawet piwo w tak niebezpiecznym miejscu to wielka głupota.
Zrozumiałem, że jeżeli nie opiszę wnętrza „Pawelany”, to nie zrobi tego prawdopodobnie nikt.
Wnętrze ZPW kryło kilka miejsc, gdzie można się było się szeroko uśmiechnąć. Pewna symbolika i poczucie humoru ludzi, którzy bywali wewnątrz murów zakładów przed nami, dała się we znaki.
Obrazek
Kto nie uśmiałby się na widok takiego sedesu, jak ten, przedstawiony na zdjęciu powyżej? Drewniane krzesło z dziurą zalegało tam przez kilka lat. Stan ten zastałem w toalecie zlokalizowanej na parterze – w okolicach bramy przy ulicy Lipowej.
Budynki „Pawelany” na poziomach 1-3 były na ogół czyste. Nigdzie nie walały się butelki i niedopałki papierosów. Przyznaję, że trochę mnie to zaskoczyło. Idąc pierwszy raz do ZPW spotkałem się tam z ogromnym bałaganem, wynikłym z trwającej likwidacji wyposażenia zakładu. Później zapanowała względna czystość (nie dotyczy parteru). Powstawały jedynie kolejne bohomazy na ścianach. Większość napisów nie była rażąca – część to sympatyczne rysunki, ładne grafy czy ujmujące napisy, jak słynny – „Pawelana Reaktywacja”.
Do końca zachowało się sporo podpisów pracowników zakładu. Znajdują się one w obiektach sanitarnych, przejściach i na ocalałych lustrach. To miejsce do końca miało duszę, pomimo tego, że od dawna nie było tam ani jednej czynnej maszyny.

Czasy obecne

Pod koniec 2014 roku po wielu latach przebudowy oddano do użytku odnowiony kompleks „Fabryka Wełny”. Środkową, wypaloną część zakładów wyburzono i zastąpiono przeszkloną częścią idealnie wkomponowaną w historyczną bryłę fabryki. W części frontowej zainstalowano salony odnowy urody i biura. W kolejnym odcinku znajduje się potężny klub fitness z siłownią. Na terenie kompleksu znajduje się również między innymi restauracja, bar, apartamenty, hotel, kręgielnia a nawet basen zlokalizowany na najwyższym piętrze. Na dachu urządzono taras widokowy.

Obrazek
Część obiektów w gorszym stanie została gruntownie przebudowana z zachowaniem jedynie zewnętrznych ścian. Postawiono nowe stropy, na nowo zaaranżowano wnętrza. Powyższe zdjęcie przedstawia budynek biurowy w formie istnej „wydmuszki” podczas prowadzenia prac remontowych.

Obrazek
Istotnym elementem odbudowy fabryki była duża dbałość o aspekty historyczne. Z tego powodu odbudowano wieżę przy rzece Dobrzynce. We wnętrzach w wielu miejscach odkryto gołą cegłę. Zachowano także filary podtrzymujące strop. Na zdjęciu widoczna wieża podczas pracochłonnego procesu pieczołowitej rekonstrukcji.

Obrazek
Zainstalowano okna nawiązujące do fabrycznych. Na dziedzińcu wykonano częściowe zadaszenie, gdzie można przysiąść i odpocząć. Kawałek dalej ulokowano ogródek letni. Całość okalają nienagannie utrzymane kwietniki pełne kontrastowych kwiatów. Na zdjęciu dawna wieża maszynowni windy, która jest obecnie pomostem wiodącym na taras widokowy zlokalizowany na dachu. Na najwyższym piętrze znajduje się basen.

Obrazek
Niespodziewanie na przestrzeni minionych lat ulica Lipowa odzyskała swój dawny blask. Inwestor nie pozwolił wyburzyć przyległych od zachodniej strony ścian po halach PZPB. Zachowano dzięki temu niepowtarzalny klimat tego miejsca. Pięknie iluminowane obiekty zachwycają tak okolicznych mieszkańców jak turystów. W tle widać szklaną część fabryki powstałą na miejscu odbudowanej spalonej części fabryki.

To, co zostało

Poza setkami rysunków, zdjęć, relacji i wspomnień, uratowałem coś jeszcze. Każda znana przeze mnie osoba, która nawiedziła mury ZPW „Pawelana”, zabrała ze sobą coś na pamiątkę – czy to fiolkę, czy metkę, czy garść zdjęć. Oczywiście nikt się tym publicznie nie chwali. Pewnymi ocalałymi elementami „Pawelany” podzielono się ze mną. W efekcie zdobyłem kilka kilogramów bezcennych materiałów – pamiątek przeróżnego rodzaju. Przez kilka lat zebrałem dziesiątki eksponatów – od wszelkich tablic BHP i p.poż., poprzez liczne arkusze dokumentacyjne i recepty barwiarskie, książki „Mistrza Włókiennictwa”, po resztki sprzętu elektrycznego, spotykanego wyłącznie w zakładach pokroju „Pawelany” (m.in. sterownik windy, panel alarmowy, „Telkom”, lampa fabryczna, latarnia zasilana żarówkami rtęciowymi, które również pozyskałem w sposób legalny).Większość przedmiotów przeszła gruntowną renowację, dzięki czemu cieszą oko po dziś dzień. Niektóre urządzenia udało się ponownie uruchomić. Jednym z ciekawszych eksponatów pozyskanych od pewnego starszego człowieka jest kompletna instalacja „radioli” zakładowej (stare głośniki „unitra” umieszczone w specyficznej obudowie, sygnalizator, dzwonek). Poza tym wiele innych większych lub mniejszych pamiątek, które naznaczono numerem inwentarzowym i logiem „Pawelany”. Zdecydowana większość obiektów została pozyskana ze śmietnika na placu „Pawelany”. Uchronienie ich przed niechybnym zniszczeniem pozwoliło zachować kolejną cząstkę ZPW. Utworzyłem specjalne pomieszczenie – izbę pamięci – która przepełniona jest uratowanymi pamiątkami po fabrykach i nie tylko. Przyszłościowo planuję opublikować szczegółowy opis eksponatów.
Obrazek

Podziękowania

W tej części nie chcę pominąć żadnej osoby, która pomogła mi podczas minionych lat w badaniach pozostałości fabryki. Doceniam, że wiele osób towarzyszyło mi podczas wielu szalonych wypraw.
W pierwszej kolejności pragnę podziękować Mariuszowi J., który wraz ze mną fotografował fabrykę. Kawał dobrej roboty,dzięki!
Część zdjęć zamieszczonych w pracy wykonał Mariusz. Jego prace łatwo rozróżnić po tym, że są po prostu lepsze od moich. Wykonywanie dokumentacji fotograficznej w dwie osoby jest o tyle korzystne, że to, co umknie jednej, wychwyci druga. Mariusz skupił się na dużej ilości szczegółów, co stało się bardzo pomocne przy późniejszym opisywaniu pomieszczeń.
Dwie archiwalne fotografie należą do Szymona Klemby. Dziękuję za udostępnienie!
Słowa wdzięczności kieruję w stronę Tomasza B., który podzielił się ze mną wieloma istotnymi informacjami na temat zakładu biorąc udział w rewitalizacji obiektów.
Pomocne okazały się uwagi Łukasza J., Bartosza K. i Jego Ojca, Mateusza K., Janiny N., Arkadiusza M. i pana Andrzeja.
Dziękuję członkom zespołu „Proletaryat” za garść informacji na temat ich pomieszczenia zlokalizowanego w obiektach fabryki.
Nieoceniona jest pomoc Sylwii, która użyczyła do wglądu archiwalne zdjęcia zakładowe.
Dziękuję Zuzannie za okazane zainteresowanie oraz pomoc przy odtwarzaniu poszczególnych fragmentów fabryki.
Specjalne pozdrowienia kieruję w stronę Pauliny J., dzięki której rozpocząłem swoją przygodę z ZPW „Pawelana”. Dziękuję za okazaną cierpliwość i troskę.
Za wsparcie emocjonalne podczas tworzenia niniejszej pracy dziękuję Emilii W, oraz mojej kochanej Dominice.
W końcu – dziękuję ludziom, którzy bezinteresownie odkrywali ze mną ruiny:
Tomaszowi M., Arlecie Ż., Ewie K., Miłoszowi P., Marcinowi Cz., Paulinie J., Adamowi K.,
Mariuszowi J., Tomaszowi T., Mateuszowi K., Krzysztofowi S., Rafałowi B.
Specjalne słowa uznania dla Tomasza T., za udzielenie pomocy w szczególnych chwilach.
Dziękuję również Mateuszowi O. za cenne wspomnienia oraz Piotrowi P. za konsultację historyczną.
Specjalne podziękowania kieruję dla Muzeum Miasta Pabianic oraz Powiatowej Straży Pożarnej w Pabianicach za udostępnienie archiwów na temat pożaru zakładów.
Wszyscy Ci ludzie przyczynili się do powstania wspomnienia po Zakładzie Produktów Wełnianych „Pawelana”. Dziękuję Wam bardzo!

Obrazek

Materiał potrzebny do powstania pracy zbierałem od 2004 do 2009 roku oraz w 2015 r. Podczas wizytacji w ruinach zazwyczaj nie łamano prawa.
Pracę w obecnej wersji zamykam dnia 16 grudnia 2015 roku.

Bibliografia:
„Ulica Zamkowa w Pabianicach 1824-2004”, Brzeziński K, Gramsz A.
Pocztówki zgromadzone w Muzeum Miasta Pabianic
Pocztówki z portalów aukcyjnych
Broszura zakładów „Boruta” w Zgierz (nakład 200 sztuk, 1963 r.)
Archiwalne materiały prasowe „Życia Pabianic” i „Mojego Miasta Pabianice”
Materiały znalezione w „Pawelanie”
Pomocne okazały się:
Filmy znalezione w Internecie (Youtube.pl)
Zdjęcia znalezione w Internecie
Przekazy słowne


Obrazek
Na zdjęciu – ostatni liniowy Ikarus 260 należący do MZK Pabianice podczas sesji fotograficznej na tle ZPW “Pawelana” zorganizowanej przez autora niniejszego opracowania w dniu 27 kwietnia 2008 r.
Opracowanie: Michał Kłosowski
--------------------------------------------------------------------------------------------

Plik filmowy:
http://www.youtube.com/watch?v=F6zYy-_Iclc


Góra 
 Zobacz profil  
 
 Post Napisane: 28 kwi 2018, o 11:53 
Offline
Administrator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 27 maja 2009, o 09:40
Posty: 6698
Lokalizacja: Dąbrowa Górnicza
Imię: Leszek
Dopiero teraz dotarłem do tego wątku - piękna robota :brawa:
Ilość włożonej pracy niewyobrażalna. A dwa ostatnie zdjęcia urzekające :)

_________________
— Patrz, Kościuszko, na nas z nieba! —
raz Polak skandował
i popatrzył nań Kościuszko,
i się zwymiotował.
K.I.Gałczyński


Góra 
 Zobacz profil GG  
 
 Post Napisane: 28 kwi 2018, o 12:00 
Offline
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 15 cze 2015, o 23:44
Posty: 16
Lokalizacja: z Pabianic
Imię: Michał
Dziękuję za ciepłe słowo. Cieszę się, że moja praca wciąż znajduje odbiorców.


Góra 
 Zobacz profil  
 
 Post Napisane: 28 kwi 2018, o 12:13 
Offline
Administrator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): 27 maja 2009, o 09:40
Posty: 6698
Lokalizacja: Dąbrowa Górnicza
Imię: Leszek
No pewnie :) Reportaż z pabianickiej papierni też imponujący zrobiłeś - dobrze, że chociaż taki ślad po niej został.

_________________
— Patrz, Kościuszko, na nas z nieba! —
raz Polak skandował
i popatrzył nań Kościuszko,
i się zwymiotował.
K.I.Gałczyński


Góra 
 Zobacz profil GG  
 
Dodaj do: Dodaj do Gadu-Gadu Dodaj do Grono.net Dodaj do Twitter Dodaj do Blip Dodaj do Flaker Dodaj do Pinger Wypowiedź dla Wykop Wypowiedź dla Facebook Wypowiedź dla Gwar Wypowiedź dla Delicious Wypowiedź dla Digg Wypowiedź dla Google Wypowiedź dla Reddit Wypowiedź dla YahooMyWeb Śledzik Dodaj do Kciuk.pl Dodaj do Spinacz.pl Dodaj do Yam.pl
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
 
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 4 ] 

Strona główna forum » Eksploracja » Obiekty przemysłowe » Obiekty przemysłowe - Łódzkie


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości

 
 

 
Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL

[ Time : 0.309s | 14 Queries | GZIP : Off ]